
Fozzy - Chasing The Grail
Wydawca: Riot! Entertainment
Rok wydania: 2010
- Under Blackened Skies
- Martyr No More
- Grail
- Broken Soul
- Let The Madness Begin
- Pray For Blood
- New Day's Dawn
- God Pounds His Nails
- Watch Me Shine
- Paraskavedekatriaphobia (Friday The 13th)
- Revival
- Wormwood
Skład: Chris Jericho - śpiew; Rich Ward - gitary, chórki; Sean Delson - gitara basowa; Frank Fontsere - perkusja
Gościnnie: Eric Frampton - pianino, organy Hammonda, instrumenty klawiszowe; Renny Carroll - chórki; Jeff Waters - solówki w [2, 8]; Mike Martin - wszystkie gitary w [12]; Lord Nelson - Objawiciel w [12]; St. Michael's Episcopal Choir of Charleston, SC - śpiew chóralny w [12]
Produkcja: Rich Ward
Chasing The Grail to już czwarte dzieło dość osobliwego projektu Fozzy, pod którą to nazwą ukrywają się głównie wokalista Chris Jericho (de facto znany wrestler, a przy tym także pisarz i aktor) i gitarzysta Rich "The Duke" Ward, muzyk z rap metalowego zespołu Stuck Mojo. Kapela ta istnieje już wprawdzie od jakiegoś czasu, ale jest to moje pierwsze zetknięcie się z jej twórczością.
Fozzy dołącza do coraz liczniejszego grona formacji, które próbują przypisywać sobie fałszywą biografię. W necie można znaleźć serię filmików, gdzie o zespole mówi się, że powstał już dawno temu, a nie mogąc podpisać kontraktu płytowego spędził 20 lat w Japonii. Po powrocie do USA muzycy rzekomo odkrywają, że artyści tacy jak Scorpions i Ozzy Osbourne robią kariery kradnąc ich autorskie pomysły. Liderem grupy ma być z kolei Moongoose McQueen, w której to roli występuje właśnie Jericho... Tak czy inaczej, pierwszy album zespołu prowadzonego przez Chrisa ujrzał światło dzienne w 2000 r. i ukazał się nakładem Palm Pictures/Megaforce, natomiast czwarte, opisywane tu wynurzenie zostało wydane w barwach Riot! Entertainment. Zawarta na nim muzyka to miks kilku gatunków rocka i metalu, znajdzie się więc hard rock, heavy metal, rzadziej power metal, a także kilka nowocześniejszych nut (lekkie i szczęśliwie nieliczne skręty ku nu-metalowi, industrialowi i modern rockowi). Album rozpoczyna dość szybka, heavy metalowa pozycja o tytule Under Blackened Skies. Niby nic nadzwyczajnego, ale już tutaj słychać, że Chris to jeden z wokalnych naśladowców Ozzy'ego Osbourne'a. Może nie śpiewa tak wysoko i zarazem tak płaczliwie, ale i tak podobieństwo jest wyczuwalne (podejrzewam, że i nazwa grupy też ma jakieś koligacje z Ozzem i nie jest przypadkowa). Tak więc jeszcze raz - rewelacji nie ma, lecz miło tego posłuchać. Martyr No More było pierwszym singlem promującym wydawnictwo i wybór ten był moim zdaniem dobry. Ten kawałek podoba mi się najbardziej z całego zestawu. Uzbrojony jest w solidny zestaw riffów śmiało nawiązujących do twórczości Black Label Society (i do niektórych dokonań Osbourne'a też, a jakże). Różnica taka, że Jericho śpiewa tu w sposób dość radosny. Gdyby było na płycie więcej takich kompozycji, patrzałbym na nią dużo przychylniejszym okiem, ale tak dobrze tutaj nie ma. I tak chociażby zbyt wiele słabych punktów ma kolejne nagranie w zestawie - Grail. Bardzo słabiutkie, niedopracowane refreny już mogłyby skreślić ten numer, jednak ratuje go kilka ciekawych zagrywek w środku i całkiem interesujący początek ścieżki. Chociaż gitarzysta przemycił w piosence kilka ciekawych patentów, to kawałek jakoś szczególnie nie zachęca do zakupu albumu. Mam też mieszane odczucia w związku z Broken Soul, które miało być z założenia ponoć southern rockową balladą. W sumie początek utworu faktycznie może za taka balladę uchodzić, niemniej jednak środek bliższy jest modern rockowym nagraniom, jakich pełno było w amerykańskich stacjach radiowych pod koniec lat '90 i na początku XXI wieku. Raczej nie jest to pozycja dla mnie. Let The Madness Begin było drugim singlem z krążka i raz jeszcze był to strzał w dziesiątkę. Również ścieżka godna uwagi, znajdzie się tu parę niezłych riffów, przyzwoita solówka, w dodatku jest i wpadający w ucho refren. Dynamika kawałka porywa do skakania po posadzce, nawet jeśli nie w domu, to przynajmniej podczas koncertów w małym klubie. Pray For Blood to szybki heavy metal i w zasadzie nic ponadto. Takie rzeczy grywało Accept i Judas Priest, kiedy nie miały pomysłu na coś lepszego. W owym podejściu do rzeczy jest coś niemieckiego i jestem niemal pewien, że sprzedałoby się to dość dobrze u naszych zachodnich sąsiadów. Jak kameleon zmieniają się klimaty w New Day's Dawn. Są tu i ukłony w stronę muzyki pop, jest też coś z rocka/metalu gotyckiego, ale i grupa czasem przyłoi na wzór cieższego metalu. Przy pierwszym podejściu pomyślałem sobie "co to do cholery jest", ale numer ma w sobie to coś, co sprawia, że z każdym kolejnym odsłuchem podoba się coraz bardziej. Lubię God Pounds His Nails i jest to mój drugi faworyt z krążka, zaraz obok singlowego Martyr No More, do którego jest zresztą dość podobny. Mieszają się w nim wpływy gdzieś spomiędzy ciężkiego hard rocka na nutę Black Label Society i nu-metalu na wzór Roba Zombie, choć nie brak i melodyki (może się to równie dobrze spodobać fanom Ozzy'ego i stoner rockowego Monster Magnet). Dość przyzwoicie muzycy grają w Watch Me Shine. Mamy tu świetny riff we wstępie, dalej też naśladującego Ozzy'ego Chrisa i nieco wymiatania na wiosłach podczas grania solówek. Nic odkrywczego wprawdzie, ale nie schodzącego poniżej pewnego przyzwoitego poziomu i w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Takie sobie jest z kolei nagranie o intrygującym tytule Paraskavedekatriaphobia (Friday The 13th). Gniotem nazwać go na pewno nie można, niestety jakąś rewelacją także. Ot, tradycyjny heavy metal, od czasu do czasu zagrany szybciej. Nieźle się swym wstępem zapowiadał Revival, później został totalnie schrzaniony industrialnie obrobionymi liniami wokalnymi, następnie miały go ratować melodyjne zaśpiewy, po czym znów pojawiły się nu-metalowe krzyki. Podoba mi się tu kilka riffów i szkoda, że zdecydowano się tu pomieszać ze sobą kilka dość odległych od siebie gatunków metalu. Zestaw zamyka najdłuższa kompozycja na krążku, trwające blisko 14 minut Wormwood. Wedle słów samego Jericho miało to być nagranie inspirowane rockiem progresywnym, jednak wyraźnie słychać tu raczej inspiracje klasycznym hard rockiem i mniej klasycznym industrialem. Sama długość numeru nie wystarczy, by je okrzyknąć dziełem progresywnym.
Skoro ekipa wytrzymała ze sobą już tyle czasu mimo odciągającej uwagę innej działalności jej członków (wrestling, zobowiązania muzyczne, itp), to chyba można traktować ją poważnie. Gdybym sugerował się przeszłością muzyków, pewnie nie sięgnąłbym po ten krążek, ale skoro już to zrobiłem, to muszę uczciwie przyznać, że Chasing The Grail to dość solidna płyta i mogę ją polecić fanom heavy metalu i cięższego hard rocka, co też czynię.
Oficjalna strona zespołu: www.fozzyrock.com