
DGM - Frame
Wydawca: Scarlet Records
Rok wydania: 2009
- Hereafter
- Enhancement
- Not In Need
- No Looking Back
- Trapped...
- ...In A Movie
- Away
- Heartache
- Rest In Peace
- Brand New Blood
- Fading & Falling
Skład: Mark Basile - śpiew; Simone Mularoni - gitary; Emanuele Casali - instrumenty klawiszowe; Andrea Arcangeli - gitara basowa; Fabio Costantino - perkusja
Produkcja: Simone Mularoni
Włoska formacja progresywna o nazwie DGM istnieje na scenie muzycznej już od 15 lat i co najważniejsze - nagrywa coraz to lepsze krążki. Jeśli wliczyć do dyskografii debiutancki mini album, to Frame jest ósmą pozycją w dorobku Włochów, którzy zaczynali jako czysto instrumentalny zespół (a konkretnie jako trio, którego pozostałością jest nazwa utworzona od pierwszych liter imion jego członków) i na swej drodze do doskonałości często zmieniali swój skład. Do chwili obecnej nie uchował się żaden z muzyków z pierwotnej ekipy, a najświeższym nabytkiem w kapeli jest wokalista Mark Basile (ex- Mind Key), który dołączył do chłopaków w roku 2007. Recenzenci zwykli twórczość grupy określać jako progresywny power metal, ja raczej nazwałbym to progresywnym melodic speed metalem, gdyż panowie unikają nie tylko wolnych temp, ale też i niepotrzebnego patosu.
Całkiem niedawno na łopatki rozłożyła mnie płyta francuskiego Adagio, pełna różnych eksperymentów, jeszcze nie zdążyłem po niej ochłonąć, a już podbija mnie DGM ze swoim Frame, gdzie dla odmiany eksperymentowania niewiele, za to dużo wypróbowanych patentów. Wspomniałem już, że zespół preferuje szybkie tempa, więc muszę obowiązkowo dodać, że przy tym kompozycje są bardzo melodyjne i tyczy się to także partii wokalnych, które plasują się blisko takich gatunków jak melodyjny hard rock / hair metal, czy melodic metal. Stylistykę obraną przez Włochów można porównać najprościej do czegoś spomiędzy Dream Theater i Symphony X, aczkolwiek najlepiej byłoby wyobrazić sobie jakąś nie wydaną dotąd płytę Teatru Snów, jaka mogłaby ukazać się gdzieś pomiędzy Images And Words a Awake, przy założeniu jeszcze, że wybieralibyśmy tylko te najszybsze momenty. Jak by na to nie patrzeć, chłopaki utrafili w mój gust. Już pierwsze w zestawie Hereafter dobrze ilustruje to, co przed chwilą napisałem. Sugestywne klawisze, potem progresywne rytmy wygrywane przez gitarę i galopująca perkusja, którą o dziwo całkiem dobrze tym razem znoszę. Nowy wokalista spisuje się znakomicie, śpiewa melodyjnie, ale i nie waha się użyć swego gardła w sposób ostrzejszy, kiedy kompozycja tego wymaga. Enhancement to kawałek kierowany do fanów speed metalu, fakt, że gitary nieraz grają w sposób pokręcony, ale ich linie melodyczne nie są jakoś szczególnie rozbudowane. Przypomina mi to trochę pomysły Pantery z płyty Power Metal, np. numery Death Trap i Burnnn!, tam i tu, jak by nie było, jakieś zapożyczenia od Annihilatora. Na szczęście też cała piosenka nie jest jednostajna, w dalszej części więcej nawiązań będzie do Dream Theater, tempo wciąż jednak wyścigowe. Więcej hard rockowych zagrywek natomiast odnaleźć można w Not In Need. Pewne riffy ogrywane są tu w manierze iście wylde'owskiej, a przeplata się to wszystko z formułą prezentowaną przez Dreamów na ich pamiętnym drugim albumie. Kto lubił "Images...", najprawdopodobniej zapała do tego utworu miłością od pierwszego usłyszenia. Rewelacyjna gra instrumentalistów, w tym także sekcji rytmicznej, jeden z moich licznych faworytów na tej płycie. Od wcześniejszych kompozycji różni się No Looking Back, gdzie galopad jest zdecydowanie mniej, a niektóre fragmenty wypadają niemal balladowo (choć to balladą nie jest) i one powinny spodobać się np. miłośnikom hair metalu. By jakoś urozmaicić numer, pojawiają się także chórki śpiewane niższym głosem, co sprawia, że wydaje się to cięższe, nadal jednak nie jest to growling, jaki w takich chwilach zapodawało nam chociażby Adagio. Genialną wstawką jest w zasadzie instrumentalne Trapped..., bo w tym symfoniczno-operowym preludium pojawiają się tylko właśnie operowe chóry. Stanowi to wspaniały wstęp do kolejnego ... In A Movie. Tym razem znów bliżej do utworu trzeciego, na pierwszy plan powracają melodyjne linie wokalne, jest ich nawet dużo więcej niż przedtem. Tak czy inaczej, numer pozostaje mocno podszyty progresem, zatem poszukiwacze prostych struktur w zasadzie nie mają tu czego szukać. Dla nich skomponowano raczej Away i myślę, że np. fani takiego Pink Cream 69, może nawet Gottharda, mogliby być tym kawałkiem zainteresowani. Nie jest to dokładnie ta sama stylistyka grania, niemniej jednak pewne podobieństwa da się wychwycić. Nawet gitarowa solówka zagrana została jakby w bardziej klasyczny sposób. Heartache rozpoczyna się w manierze muzyki elektronicznej i przez moment zacząłem się zastanawiać, czy ktoś przypadkiem nie podmienił płyty ;). Są to takie odgłosy, jakby jakiś fan elektroniki słuchał obok nas przez kiepskie słuchawki swoich ulubieńców, na popularnym, niezbyt wyrafinowanym odtwarzaczu MP3. Sam utwór całkiem niezły, poprawnie zagrany, choć już nie tak porywający jak jego poprzednicy. Dobrze słucha się następnego w kolejności Rest In Peace, nagranie jest łatwo strawne, bo zrezygnowano w nim z połamańców i częstych zmian rytmu, a postawiono na sprawdzone receptury spotykane w melodic metalu. Zwrotki dość szybkie, a refreny jeszcze szybsze, solówki też raczej suną do przodu w płynnym tempie. Słowem, nic tu nie zaskakuje, utwór po prostu toczy się od początku do końca. W Brand New Blood także mniej progresu, za to więcej neoklasycznego power metalu. Kompozycja nie jest zła, ale w związku z faktem, że słyszałem wiele podobnych, przyzwoitość nie pozwala mi się nią w pełni zachwycać. Słychać w niej pęd do utarcia nosa innym kapelom z Włoch, gdzie power metal silnie się przecież zadomowił. Ostatnie w zestawie Fading & Falling jest, powiedzmy, taką AORową balladą w stylu Place Vendome i jakoś niespecjalnie do mnie trafia. W porównaniu z tą bardziej czaderską częścią płyty wydaje się być tworem nienaturalnie rozwlekłym, z drugiej jednak strony, jeśli ktoś akurat woli galopad unikać, to jest to pozycja dla niego.
Jakkolwiek to zabrzmi, najsilniejszym punktem płyty jest brak słabych utworów. Owszem, nie wszystkie kawałki tutaj to najwyższa półka, ale też wiele innych kapel mogłoby pomarzyć, by mieć w swoim repertuarze nawet takie kompozycje. Połowa marca i jak na razie jest to mój trzeci kandydat do albumu roku, nawet jeśli nie w ujęciu całościowym, to przynajmniej w gatunku grania progresywnego. Konkurencja w tej stylistyce będzie chyba zażarta, bo i Dream Theater szykuje podobno potężny materiał, ale zanim zostanie on wydany, warto sięgnąć po DGM. Gorąco polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.dgmsite.com