Danger Danger - Four The Hard Way

Danger Danger - Four The Hard Way

Wydawca: Low Dice Records / MTM Music / Sumthing Dist. / De-Rock / Teichiku Records / Valley Media
Rok wydania: 1998

  1. Still Kickin'
  2. Sick Little Twisted Mind
  3. Jaded
  4. Captain Bring Me Down
  5. Goin' All The Way
  6. The Girl Ain't Built To Sleep Alone
  7. Goin' Goin' Gone
  8. Afraid Of Love
  9. Heartbreak Suicide
  10. I Don't Need You
  11. Comin' Home '98 (Bonus Track)

Skład: Paul Laine - śpiew, gitary elektryczne i akustyczne, instrumenty klawiszowe; Bruno Ravel - gitara basowa, gitary, instrumenty klawiszowe, chórki; Steve West - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Andy Timmons - gitara, chórki; Kasey Smith - instrumenty klawiszowe; Tony Bruno - gitara

Produkcja: Danger Danger, Bruno Ravel i Steve West

W połowie lat '90 zdarzyło się Danger Danger popełnić pewną pomyłkę w postaci wydania strasznie słabej płyty. Kiedy muzycy dostali po kieszeni i zarazem zostali niemal zignorowani przez prasę muzyczną, wrócili do swoich korzeni. Kolejny album studyjny, czwarty w dyskografii Four The Hard Way brzmi zadziwiająco dobrze, jak na rok wydania, ale wiadomo, że do jego produkcji przyłożyli się sami muzycy. Nie dziwi natomiast dobra jakość zawartych tu kompozycji, wszak gościnnie pojawiają się podczas sesji nagraniowej inne historyczne gwiazdy związane z formacją - Timmons, Smith i T. Bruno.

Po grunge'owych eksperymentach nie zostało śladu, chłopaki zapragnęli jednak grać nieco ostrzej niż w czasach dwóch swoich klasycznych płyt. Nawet głos Paula Laine'a brzmi mocniej (proponuję porównać go sobie z jego solowym wydawnictwem), bardziej agresywnie. Nie oznacza to, że nagle panowie postanowili zaprezentować jakiś ekstremalny gatunek metalu, o nie, to nadal hard rock, tyle że dopasowany do lat '90. W tamtym okresie niemal każda kapela brzmiała ciężej i ostrzej od typowego hair metalu sprzed dekady. Still Kickin' to odpowiedni numer na otwarcie krążka. Nie jest on wprawdzie kompozycją nową, bo nagrano go już wcześniej jeszcze z Tedem Poleyem na wokalu na album Cockroach, który miał być pierwotnie wydany w 1992 r., ale do jego edycji wtedy nie doszło. To dość zawiła historia, zainteresowanych odsyłam do naszej biografii zespołu zamieszczonej na łamach Hard Rock Service. Ten kawałek i trzy inne pochodzą właśnie z Cockroach, tyle tylko, że zostały ponownie nagrane i przearanżowane z Lainem za mikrofonem. Jak to dobrze przywitać grupę raz jeszcze w świetnej formie. Muzycy dobrze sobie radzą też w kolejnym Sick Little Twisted Mind. Ciężki hard rockowy riff i nieco lżejsza reszta, trochę na wzór Dokken i nie jest to wada, kto wie, może nawet to zaleta, skoro kopiowane są dobre wzorce. Nic dziwnego, że fani i krytycy pochlebnie wypowiadali się na temat tego wydawnictwa. Jaded jest dość strawne, bo nadal melodyjne, nie jest to natomiast nic szczególnie rewelacyjnego. Chłopaki grają tu zdecydowanie prościej, a pomysły są jakby nawiązaniem do czegoś w rodzaju brit popu, alternatywy, grunge'u i modern punka. Słyszy się to i od razu na myśl przychodzi krzyżówka takich grup jak Therapy?, Offspring i Oasis. Takich utworów było zatrzęsienie w amerykańskich filmach pod koniec lat '90 i na początku lat 2000-2001. Czyżby muzycy kombinowali, jak by tu się załapać na panującą wówczas modę?. Od pierwszych nut Captain Bring Me Down nie trudno pomyśleć o Bon Jovi i ich serii dziwnych płyt począwszy od These Days (ta jeszcze całkiem niezła, ale dalsze coraz gorsze). Podobna stylistyka grania, nieco melancholijna, kojarząca się z deszczową pogodą za oknem. Trzeba za to przyznać Dangerowm, że w tej roli wypadają znacznie lepiej od rodaków z New Jersey, o niebo lepiej. W Goin' All The Way mamy więcej starego D2 z czasów drugiego studyjnego krążka i ponieważ utwór stylistycznie daleko od niego nie odbiega, to można sobie wyobrazić, jak by tamta płyta brzmiała, gdyby na niej zamiast Poleya pojawił się Lane. W tym wypadku chyba wygrałby akurat Ted, ale na "czwórce" są też kawałki, gdzie byłoby dokładnie odwrotnie - o tym za chwilę. Na kolejnej pozycji kompozycja o przewrotnym tytule The Girl Ain't Built To Sleep Alone. Otwiera ją ciekawy riff, a cały numer trzyma klasę od początku do końca. Jedna z moich ulubionych piosenek tutaj, z tym że wolałbym, gdyby była ciut ostrzejsza, może nawet przyspieszyłbym jej tempo o kilka bitów, dodał dynamiki. Nie ma co jednak narzekać, tak też wypada przednio. A teraz prawdziwy dynamit, najlepsza w mojej opinii kompozycja Danger Danger z całej ich dotychczasowej dyskografii - zabójczy kawałek o tytule Goin' Goin' Gone. Na "karaluchu" można sobie jej posłuchać w dwóch wykonaniach, z Poleyem i Lanem na wokalu i moim zdaniem pod względem emocji i techniki wykonania to Laine po prostu Poleya miażdży. Inna sprawa, że sam kawałek to mistrzostwo świata. Riff wgniata w ziemię, akordy tworzą doskonałą harmonię, głos Paula brzmi smutno i ciepło zarazem, naprawdę coś wspaniałego, a do tego jeszcze rewelacyjne solo Timmonsa. To trzeba usłyszeć, to z pewnością można pokochać! Po takiej dawce mocy przychodzi typowa dla lat '80 ballada Afraid Of Love. Znowu punkt dla Laine'a za głos nawiązujący nieco do ballad Whitesnake, dla reszty kapeli natomiast za stworzenie odpowiedniego klimatu gdzieś pomiędzy formacją Coverdale'a a Def Leppard (chórki i niektóre aranżacje gitar jak u chłopaków Elliotta). Po takich numerach następny Heartbreak Suicide nie wypada oszałamiająco, ale też i zły nie jest. Średnie tempo powoduje, że nie przyśniemy, natomiast mało wesoło brzmiące wokale sprawią, że nie weźmiemy tego utworu pod uwagę, kiedy będziemy szykowali podkład muzyczny na jakąś imprezę. Piosenka trochę za mało zdecydowana, choć jak już wspomniałem, niczego sobie. Ostatnie w zestawie I Don't Need You lubię za kilka smaczków gitarowych, które zostały tu dyskretnie przemycone. Zastanawiam się, na jakiej zasadzie budowano ten numer i wydaje mi się, że takie smaczki powstały najpierw, a resztę po prostu dodano później.

Całościowo album ustępuje "dwójce", ale w moim odczuciu jest zarazem lepszy od debiutu. Oczywiście wiele osób może się ze mną nie zgodzić, w każdym bądź razie ja po prostu wolę Danger Danger w odsłonie hard rockowej niż AORowej i stąd najwyżej wyceniam krążki Screw It! i Four The Hard Way. Fanom D2 szczególnie tej płyty polecać nie trzeba, bo już od dawna jest częścią ich płytoteki i pewnie kręci się w odtwarzaczach raz za razem. Innym fanom hard rocka krążek zarekomenduję choćby z tego powodu, że rok w którym powstał nie obfitował jakoś w dobre wydawnictwa, a omawiane tutaj dzieło Dangerów było bardzo chlubnym wyjątkiem.

Oficjalna strona zespołu: www.dangerdanger.com