
Beau Nasty - Dirty But Well Dressed
Wydawca: CBS / Epic / Sony / WTG
Rok wydania: 1989
- Shake It
- Goodbye Rosie
- Gimme Lovin'
- Paradise In The Sand
- Dirty, But Well Dressed
- Love To The Bone
- Gemini
- Piece Of The Action
- Make A Wish
- Love Potion #9
Skład: Mark Anthony Fretz - śpiew i harmonijka; George Bernhardt - gitary i chórki; Brian Young - gitary i chórki; Doug Baker - gitara basowa i chórki; Mike Terrana - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: Beau Hill i Paul Winger
Dirty But Well Dressed, tytuł przewrotny i zarazem bardzo pomysłowa okładka rodem jak z jakiegoś renesansowego obrazu. Debiutancka i jedyna płyta w dyskografii amerykańskiego zespołu Beau Nasty to w sumie dość typowa przedstawicielka hair metalu lat '80. Z założenia miała być hitem, w tym celu zatrudniono nawet topowego producenta Beau Hilla (współpracował chociażby z Winger i Ratt), ale mimo to przeszła bez echa i członkowie grupy poszli swoimi drogami. Największą sławę z tego towarzystwa zdobył chyba nowojorski perkusista Terrana, próbki jego talentu odnajdziemy głównie na wydawnictwach różnych wymiataczy, ot chociażby Axela Rudiego Pella czy Tony'ego MacAlpine'a, by się szczególnie nie rozpisywać.
W przeciwieństwie do wielu kapel z tego pamiętnego okresu, ta raczej stroni od klawiszy i brzmienie swe buduje na ostrych partiach gitar, także wokalista nie oszczędza swego głosu. Na wstępie mamy więc Shake It, najbardziej znany utwór grupy, bo i promowany teledyskiem, którego główną atrakcją są odpowiednio wyprofilowane panienki ;). Silne riffy, dobrze dobrana rytmika, całkiem przyzwoita solówka i dobre wokale, tak w skrócie można podsumować ten kawałek. Pomimo tego, że słuchałem go setki razy, nie znudził mi się i wciąż pozostaje jednym z moich faworytów z tego krążka. Goodbye Rosie to jeszcze jeden ostry rocker, przypominający mi skrzyżowanie stylu Whitesnake (zwłaszcza pod względem wokalnym) z wczesnym Lionsheart. Mark Anthony nadal stara się utrzymać głos w wysokich rejestrach wchodząc nawet w falset, ale nie jest to już taki przebój jak poprzednik. Najmocniejszym punktem kawałka jest tym razem solówka. Pulsująco i zdecydowanie bardziej żwawo, wesoło, będzie w Gimme Lovin'. Muszę przyznać, że zespół bardzo dobrze wypada w takim repertuarze i wcale bym się nie pogniewał, gdyby takich numerów "natrzaskał" więcej. Słychać w tym rock'n'rollowe zacięcie i po raz kolejny główną rolę (obok wokali) pełnią gitary. Nadchodzi czas na balladę i tę pozycję dzierży Paradise In The Sand. Piosenka składna, z delikatnym początkiem i już nieco ostrzejszym refrenem, coś jakby pod KISS, z solówkami a'la pierwszy Skid Row, niby to wszystko dobre, a jednak rewelacji nie ma. Utwór pod względem rzemieślniczym bez zarzutu, tyle tylko że jakoś zabrakło w nim duszy. Kapela lepiej spisuje się w mocniejszych kompozycjach i na szczęście wraca do nich wraz z tytułowym Dirty, But Well Dressed. Ponownie rock'n'roll nasycony przesterowanymi gitarami, słabym punktem jest tym razem perkusja, gdyż wybija rytm w sposób dość jednostajny, za to fani wymiatania znajdą coś dla siebie, gdy nadejdzie gitarowe solo. Wycieczka w deltę Mississipi i trochę południowego grania z dodatkiem harmonijki to znak rozpoznawczy Love To The Bone. Kawałek ten objechało kilku recenzentów, paradoksalnie, mnie się on bardzo podoba, może dlatego, że wyróżnia się wyraźnie spośród dość podobnej do siebie reszty. Mimo sporej dawki bluesa, jest to ostry numer i nie zabrakło w nim też szaleństw w okolicach solówki. Chłopaki się rozkręcili na dobre, bo oto zaserwowali nam jeszcze jedną godną uwagi pozycję w postaci Gemini. Fretz zaśpiewał tym razem w zupełnie odmiennym stylu i można by dać głowę, że to zupełnie inny numer zagrany przez zupełnie inna kapelę, nawet chórki zostały zaaranżowane w odmienny sposób niż dotychczas. Całość jest jakby bardziej przyjazna radiu i mogłaby stać się hitem. Jedna z najlepszych piosenek na płycie. Jak się spodziewałem, muzycy długo nie wytrzymali i wracają do właściwych sobie klimatów. Piece Of The Action aczkolwiek wypada nieźle, jest niestety tylko powielaniem schematów znanych z początku albumu. Słychać, że członkowie zespołu musieli się sporo zasłuchiwać Whitesnake, zwłaszcza wokalista. Ten numer mógłby spokojnie znaleźć się na Slip Of The Tongue Białego Węża (de facto, obie płyty wyszły w tym samym roku), a pan Bernhardt mógłby być brany pod uwagę jako zastępca dla Vaia. Jeszcze jedna ballada - Make A Wish. Muzyka, szczerze mówiąc, taka sobie, ale linie wokalne warte są tu odnotowania. Mark porzucił falsety i powrócił do swego naturalnego głosu, znanego z tych udanych kompozycji z połowy krążka. Grupa mogła mieć kolejny hit na swym koncie, ale z jakichś powodów ona (lub jej management) nie zdecydowała się na to, by piosenka promowała całe wydawnictwo. Album zamyka cover z repertuaru Tygers Of Pan Tang - Love Potion #9. To także jedna z najlepszych pozycji na płycie i aż zachęca do odsłuchania oryginału. Ten numer ma dość charakterystyczny klimat i pasowałby na debiutancki krążek Wildside, szczególnie pod względem wokalnym.
Album w zasadzie udany, pozostaje tylko pytanie, czy warty jest tej ceny, jaką za niego "śpiewają" na różnych aukcjach. Płyta dość wyrównana, chociaż można łatwo zauważyć, że połowa kawałków jest raczej taka sobie, natomiast druga połowa bliska jest pierwszej ligi. Nie jest to coś, czego słucha się codziennie, ale warto do tego co jakiś czas wracać. Polecam przynajmniej do zapoznania się.
Brak oficjalnej strony zespołu