W.A.S.P. - The Last Command

W.A.S.P. - The Last Command

Wydawca: Capitol Records / Navarre Corporation / Snapper Classics UK
Rok wydania: 1985

  1. Wild Child
  2. Ballcrusher
  3. Fistful Of Diamonds
  4. Jack Action
  5. Widowmaker
  6. Blind In Texas
  7. Cries In The Night
  8. The Last Command
  9. Running Wild In The Streets
  10. Sex Drive
  11. Mississippi Queen (Bonus Track-Single B Side)
  12. Savage (Bonus Track-Single B Side)
  13. On Your Knees (Bonus Track-Live At The Lyceum Oct '84)
  14. Hellion (Bonus Track-Live At The Lyceum Oct '84)
  15. Animal (Fuck Like A Beast) (Bonus Track-Live At The Lyceum Sept '84)
  16. Animal (Fuck Like A Beast) (Bonus Track-Live At The Lyceum Oct '84)
  17. I Wanna Be Somebody (Bonus Track-Live At The Lyceum Oct '84)

Skład: Blackie Lawless - śpiew, gitara basowa; Chris Holmes - gitary; Steve Reiley - perkusja, chórki; Randy Piper - gitary, chórki
Gościnnie: Chuck Wright - chórki; Carlos Cavazo

Produkcja: Spencer Proffer

W.A.S.P. (co miało podobno znaczyć "We Are Sexual Perverts") to jeden z zespołów, który wyrósł z heavy metalowej sceny Los Angeles wczesnych lat '80. Celowo napisałem "heavy metalowej", gdyż kapela ta miała więcej wspólnego z amerykańskim metalem niż hard rockiem owego okresu. Sam Lawless podkreślał, że muzyka jego grupy jest "o mocy, a nie o czerwonych szpilkach Twojej panienki". Jak można się dowiedzieć z wkładki, W.A.S.P. nie sprzedało tyle płyt co Mötley Crüe, ani nie zaliczyło tylu panienek co Poison, ale z pewnością było w swoim czasie najbardziej ohydną ekipą koncertową. Dzięki debiutanckiemu krążkowi i szokującym zachowaniom jego członków zespół stał się szybko znany, a druga płyta w jego dyskografii utwierdziła pozycję rynkową doprowadzając do ponadmilionowej sprzedaży.

Cóż, pod względem muzycznym miał to być z założenia dużo lepszy album od poprzednika, jednak jakoś wolę jedynkę, na której jest więcej przebojów, kompozycje są bardziej żywiołowe. Wielu recenzentów piało z zachwytu nad The Last Command, moim zdaniem całościowo niewiele odbiega ona od innych płyt ekipy Blackiego. Kupiłem ją właściwie dlatego, że była tania i w dodatku sprzedawali ją w "dwupaku" razem z debiutem, ale ogólnie jestem z niej zadowolony. Moje wydanie nie jest remasterowane, więc można wsłuchać się w oryginalne brzmienie krążka, które szczerze mówiąc nie powala na kolana. Wild Child to pierwszy hit z zestawu i już tutaj słyszymy, że głównym atutem kapeli jest głos jej wokalisty. Wokal bardzo charakterystyczny i ciężko byłoby go pomylić z kimś innym. Sam numer jest jednym z wolniejszych i na tyle specyficznych, że spora część piosenek w karierze zespołu będzie utrzymana w podobnym stylu. Dalej lepsze jak na mój gust, bardziej dynamiczne Ballcrusher. Klimat czysto rozrywkowy i utwór byłby jak znalazł na jakąś imprezę. Swoim tempem i riffem przypomina mi "przeciętnego faceta" z płyty o "bezgłowych dzieciach". Typowy kawałek grupy to Fistful Of Diamonds, zarówno pod względem tempa, podkład w sekcji rytmicznej, no i riffu napędowego. Gdyby tak zabrać z niego wokale, to niewielka byłaby jego wartośc artystyczna. Tak grało bardzo wiele kapel w tych samych latach, więc jeszcze jeden plus dla Blackiego, że potrafił to wszystko jakoś uratować. Jack Action zaczyna się bardziej potężnie, ciężko i ma najwięcej wspólnego z hard rockiem. To mój ulubiony kawałek z tej płyty i ubolewam tylko nad tym, że solówka nie należy do najlepszych, jest zaledwie poprawna. Po takim tytule jak Widowmaker spodziewałbym się ostrego łojenia na dzień dobry, a tu proszę, niespodzianka, wstęp jest raczej balladowy, reszta utworu też raczej wolna. Całość jakby bardziej wyszukana, bardziej ambitna, a w porównaniu z poprzednikiem gitarowe solo znacznie wyższych lotów. Miłośników rock'n'rolla zadowoli kolejny hit z krążka w postaci Blind In Texas. Nakręcono do niego ciekawy teledysk, gdzie grupa przybywa do kowbojskiego salonu z zamiarem zagrania koncertu i przy okazji organizuje wyścigi pancerników. Nie zabrakło zresztą poczucia humoru, choćby pod koniec klipu Blackie wyskakuje z salonu i pyta o drogę trzech kolesi z ZZ Top (znani Teksańczycy, hehe), a oni mu ją pokazują swym słynnym gestem. Powrót w balladowe klimaty to Cries In The Night. Kompozycja całkiem udana, choć aranżacyjnie wyczuwa się tu pewne braki. Mogło być lepiej, ale źle też nie jest. Nadszedł czas na tytułowe The Last Command, jak by nie było, jedną z najmniej waspowych kompozycji w secie. Są tu momenty, które łatwiej byłoby przypisać jakiejś innej kapeli heavy metalowej, a które do stylistyki grupy pasują tyle o ile. W refrenach jest znacznie lepiej, tu już W.A.S.P. jakiego znamy. Running Wild In The Streets zostało pierwotnie skomponowane przez zespół Kick Axe, ale nie znalazło się na żadnej jego płycie, za to usłyszeć możemy go tutaj. Jak wiadomo, różne są gusta i o nich się nie dyskutuje, ale zupełnie do mnie ten kawałek nie trafia i traktuję go jako zapychacz. Na szczęście zamykające moje wydanie Sex Drive to już bardzo udany numer i mógłbym powtórzyć te same uwagi co przy Ballcrusher. Za takie kawałki właśnie lubię W.A.S.P.. Rock'n'roll.

Z jednej strony jest to album nieco słabszy od krążka debiutanckiego i od Headless Children, z drugiej strony nie wieje z niego nudą jak z Inside The Electric Circus. Na pewno nie jest to płyta genialna, ale i tak jedna z lepszych, jakie się w 1985 r. ukazały. W.A.S.P. było zespołem, który wprawdzie nie należał muzycznie do nurtu hair metalu (fryzura nie jest wyznacznikiem gatunku), jednak wywarł znaczny wpływ na kształtowanie się tej sceny w Los Angeles. Niekoniecznie trzeba mieć, ale posłuchać warto.

Oficjalna strona zespołu: www.waspnation.com