
Vindictiv - Ground Zero
Wydawca: Escape Music
Rok wydania: 2009
- Modern World
- Ground Zero
- Reach Out
- Golden Gate
- Venom
- Tweedledum And Tweedledee
- I'm Back Home
- Martha's Song
- Overshoot Day
- No Matter What
- The Sacrifice [japoński bonus track]
Skład: Göran Edman - śpiew; Stefan Lindholm - gitary; Nalle Påhlsson - gitara basowa; Pontus Larsson - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Oliver Hartmann - śpiew w [3, 7, 11]; Mark Boals - śpiew w [5]; Alex Argento - instrumenty klawiszowe; Zoltan Csörsz - perkusja; Leif Karlsson - instrumenty perkusyjne; Ann Wallström - barokowe skrzypce; Katarina Widell - flet poprzeczny, flet prosty; Patrik Karlsson - gitara barokowa; Jonna Inge - wiolonczela; Caroline Valdemarsson - skrzypce
Produkcja: Stefan Lindholm
Debiutancki album formacji Vindictiv ukazał się w styczniu 2008 r., a już dwa miesiące później lider projektu, Stefan Lindholm obwieścił światu, że ma już skomponowanych 10 nowych kawałków. Pośpiech jest złym doradcą i z pewnością nie wyjdzie to płycie na zdrowie - pomyślałem sobie wtedy. Zresztą pierwszy album był niemal doskonały i wysoko ustawił grupie poprzeczkę na przyszłość. Ground Zero ujrzało światło dzienne w maju 2009 r. i choć debiutowi zgodnie z moimi wcześniejszymi przypuszczeniami nijak nie dorównuje, jest płytą całkiem dobrą, w dłuższej perspektywie nawet wciągającą.
Brzmienie zespół Lindholma i Edmana nadal posiada niemal wzorcowe. Jest klarowne, instrumenty nie zlewają się ze sobą w jakąś bezkształtną masę jak na wielu współczesnych wydawnictwach, a współbrzmią harmonijnie. Także z melodyki muzycy nie zrezygnowali, aczkolwiek moim zdaniem nieco przekroczyli dopuszczalną granicę "słodkości" w tej materii. O ile na pierwszym krążku dawka słodyczy dodawała smaku, tutaj zaczyna wychodzić bokiem. Zastrzeżenia mam też do solówek Stefana - technicznie nadal bez zarzutu, jednak dopada mnie pomału uczucie deja vu, gitarzysta zamiast wymyślić coś nowego zaczął powielać wypróbowane patenty i po prostu szybko przebierać palcami po gryfie według charakterystycznego opalcowania. By zamaskować tego typu braki do udziału w nagraniach zaproszono egzotycznych gości i połowę orkiestry, przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Tym sposobem na płycie znalazł się Oliver Hartmann, wokalista znany z takich kapel jak At Vance i Avantasia, co mnie trochę szczerze mówiąc przerażało, zważywszy na power metalową proweniencję jego współpracowników. Ku memu zaskoczeniu poradził sobie tutaj akurat zupełnie nieźle. Wabikiem był dla mnie za to Mark Boals, niegdysiejszy gardłowy u Malmsteena i dzierżący obecnie mikrofon w Royal Hunt, jeden z lepszych w dzisiejszych czasach wokalistów, który na tym krążku, o dziwo, jakoś sczególnie się nie postarał. Egzotyki dopełnia perkusista Zoltan Csörsz, kumpel Edmana z Karmakanic, muzyk o korzeniach jazzowych. Z Modern World, pierwszym strzałem z albumu, jest różnie. Otwiera go niepotrzebnie szybkie neoklasyczne solo, w mojej opinii zbędne. Potem robi się ciekawiej, bardziej progresywnie, świetnie spisuje się Edman, ale to już wypróbowany zawodnik z debiutu. Niektóre momenty wprawdzie wydają się być, że też użyję tego modnego ostatnio słowa, generyczne, lecz są satysfakcjonujące. Pierwsza, wolniejsza solówka jest niczego sobie, drugą, szybszą, można było już sobie odpuścić. Tytułowe Ground Zero zaczyna się od, przepraszam za wyrażenie, kretyńsko słodkiej melodyjki i od razu łatwo zrozumieć moje uprzednie wywody na temat słodkości w muzyce. Na szczęście i chwała Bogu, że reszta numeru jest po prostu wspaniała. Co cała ekipa tutaj wyprawia, od razu poprawia słuchaczowi samopoczucie. Solówka nie jest już tak imponująca, ale w zestawieniu z resztą to fakt mało istotny. Reach Out to pierwsza aparencja Hartmanna na płycie i zarazem nadzwyczaj udana. Rewelacyjne pod względem wokalnym zwrotki i nieco słabsze refreny. Sam kawałek w różnych momentach to taka mieszanka stylistyczna kilku elementów, mamy więc coś na kształt szybszych kompozycji Kinga Diamonda z czasów Abigail i nieco typowych dla melodic metalu zagrywek, jest też nieco progresu i coś z dawnego Yngwiego plus kilka dźwięków, jakie mogłyby z powodzeniem znaleźć się na debiucie Vindictiv. Ciekawe motywy wschodnie połączone z progresem otwierają Golden Gate, dalej wchodzi zagrywka jakby żywcem zapożyczona od Titans Of Speed, jednej z piosenek pochodzących z ubiegłorocznego dzieła Driver. Göran śpiewa tym razem poprawnie, choć szczególnie się nie wysila, wiadomo, że potrafi wyciągnąć z gardła dużo więcej, lecz nie tym razem. W Venom mikrofon przejął Mark Boals i kiedy się słucha tego utworu, od razu wiadomo, dlaczego akurat on. Wiele gitarowych zagrywek tutaj przypomina różne pomysły z twórczości Malmsteena, jest moment, że gitary chodzą jak w Magic Mirror, a tam przecież też śpiewał Boals. Do jego barwy głosu i manier wokalnych zastrzeżeń nie mam, za to do samych aranżacji melodycznych mógłbym się przyczepić. Są takie sobie. Początek Tweedledum And Tweedledee (cóż to za tytuł?) zdecydowanie należy do Zoltana, za to, co tutaj zrobił z perkusją, należą mu się pokłony. Nieźle spisuje się Edman, trochę w tyle za resztą muzyków pozostaje sam pomysłodawca, czyli Lindholm, mimo iż wymiatania oczywiście nie brakuje. I'm Back Home wprawdzie nieciekawie zaczyna się od nieco plastikowych klawiszy, dalej jednak utwór potrafi zdobyć moje zainteresowanie. Po raz kolejny pozytywnie zaskakuje mnie Hartmann, aż dziwne, że wcześniej nie doceniałem tego gościa. Kawałek dość typowy dla Vindictiv, gdyby znalazł się na debiucie, pewnie by nie raził, chociaż byłby tam zapewne najsłabszą pozycją w zestawie. Mój ulubiony numer z Ground Zero to Martha's Song, a wpływ na to mają skoczne zagrywki gitar rytmicznych i pewien charakterystyczny sposób wydobywania flażoletów przez Lindholma. Niby powielanie znanych już schematów, ale z racji sentymentów do "jedynki" w dyskografii kapeli po prostu mnie kręci. Edman śpiewa tu bardzo epicko, podniośle, niemal rycersko i szczerze mówiąc kasuje wszystkich tych, którzy na takie śpiewanie muszą się silić, bo jemu to wychodzi zupełnie lekko i naturalnie. Na pochwałę zasługuje raz jeszcze Zoltan, w tych okolicznościach za pomysłowe użycie talerzy w drugiej połowie kompozycji. Gitarowe riffy z początku Overshoot Day kojarzą mi się z wczesnymi dokonaniami Kinga Diamonda, dalej w głąb wschodnie motywy niemal bliźniacze do jednego z poprzednich nagrań na płycie (powtórka z historii?), potem jakby dla kontrastu w zwrotkach niemal aksamitnie delikatny głos Görana. Później Edman robi ukłon w kierunku dawnych fanów, śpiewając jak niegdyś u Malmsteena. Wolnym utworem jest No Matter What, co nie znaczy, że nie ma tu jakichś mocniejszych nut. Wokalista znów stara się śpiewać delikatnie i w sumie dobrze, właśnie tego wymagała kompozycja. Przedtem było nieco galopad i progresu, przyda się więc coś spokojniejszego. Japończycy to farciarze i jak zwykle muszą dostać więcej. Jako bonus dostali od Szwedów jeden kawałek ponadto, The Sacrifice, gdzie po raz trzeci zabłysnął Oliver Hartmann. Nie jest to może jedna z najlepszych pozycji na krążku, ale za to na tyle dobra, że warto pokusić się o zakup japońskiego wydania płyty. Niektóre melodie wydają się powtarzać z poprzednich utworów, z tą różnicą, że tam śpiewał Göran, a tu mamy Olivera.
Za bardzo podobał mi się debiut Vindictiv, bym teraz mógł bezkrytycznie podejść do drugiego wydawnictwa grupy. Trzy kawałki niemal bezbłędne i powalające, kilka silnie oscylujących koło dobrych i klika poprawnych, choć nie tak ekscytujących, niemniej jednak zawierających momenty pełne wzlotów. Fani zespołu mogą w zasadzie krążek zakupić w ciemno, album wciąga z każdym kolejnym przesłuchaniem, po płytę sięgnąć mogą też słuchacze lubujący się w mieszankach neoklasyczno-progresywnych. Mnie Lindholm przekonał, czekam na trzecią odsłonę Vindictiv i nie zdziwi mnie, jak za dwa miesiące dowiem się, że 3/4 materiału już gotowe ;).
Oficjalna strona zespołu: www.vindictiv.com