Velvet Revolver - Libertad

Velvet Revolver - Libertad

Wydawca: RCA Records / Sony BMG / JVC Victor / Phantom Sound & Vision
Rok wydania: 2007

  1. Let It Roll
  2. She Mine
  3. Get Out The Door
  4. She Builds Quick Machines
  5. The Last Fight
  6. American Man
  7. Mary Mary
  8. Just Sixteen
  9. Can't Get You Out Of My Head
  10. For A Brother
  11. Spay
  12. Gravedancer
  13. Re-Evolution (Making Of Libertad) [bonus multimedialny]
  14. Gas And A Dollar Laugh [japoński bonus]
  15. Messages [iTunes bonus]
  16. Psycho Killer [iTunes bonus]

Skład: Slash - gitara prowadząca, chórki; Dave Kushner - gitara rytmiczna; Matt Sorum - perkusja; Scott Weiland - śpiew, instrumenty klawiszowe; Duff McKagan - gitara basowa

Produkcja: Brendan O'Brien

Czasem warto zaryzykować, czego chyba najlepszym przykładem może być grupa Velvet Revolver. Trzy lata temu ryzyko podjęło trzech byłych muzyków Guns 'N Roses i stworzyło dużo bardziej nowocześnie brzmiący zespół grający mieszankę hard rocka i modern rocka. Debiutancki krążek sprzedał się podobno w liczbie 3 milionów egzemplarzy, co jak na obecne czasy jest ogromnym sukcesem. Nagraniu kolejnego dzieła towarzyszyły spięcia z producentem Rickiem Rubinem, skutkiem czego muzycy zdecydowali się zatrudnić na jego miejsce Brendana O'Briena, nagrania przeciągnęły się, ale wreszcie zostały sfinalizowane.

Libertad kontynuuje dzieło poprzedniczki, więc fani zespołu nie będą zawiedzeni. Nadal mamy do czynienia z brzmieniami i kompozycjami podobnymi do debiutu, Rewolwerowcy postanowili postawić na brudne, nowoczesne brzmienia, zupełnie jakby uzyskanie kryształowej barwy kompletnie ich nie interesowało i chcieli uchwycić ducha garażowego klimatu. Otwierające płytę Let It Roll miało być chyba ukłonem w stronę Gunsów, przypomina bowiem co bardziej dynamiczne utwory tej grupy. Jest to dość żywiołowe rock'n'rollowe granie, z założenia celujące w wykonanie koncertowe, czym można usprawiedliwić wspomniany brak zainteresowania kręceniem gałkami w studiu. To taka mieszanka rocka i nowoczesnego punka (coś a'la Offspring), nawiązującego brzmieniowo do grunge'u, z tym że jest raczej wesoło i bardziej dynamicznie. She Mine zaczyna się tajemniczo, później wchodzi perkusja przywodząca na myśl Yankee Rose z solowego Lee Rotha, by wreszcie przerodzić się w alternatywne granie gdzieś stylistycznie osadzone około połowy lat '90. Co ciekawe, podobne rejony stylistyki eksplorowało w tym roku również TNT i częściowo Lillian Axe, czyżbyśmy mieli do czynienia z jakimś ogólnym trendem? Weselej będzie znowu w Get Out The Door, takie granie z kolei kojarzy mi się z wybrykiem Vixen o tytule Tangerine z '98, choć nie trudno dosłyszeć się podobieństw do twórczości The Who i paru innych grup z zamierzchłych czasów prehistorii rocka. Kilka dźwięków dochodzących jakby z łazienki tuż obok i następuje całkiem udana kompozycja She Builds Quick Machines. Rytm jest kołyszący, ale nie do snu, tylko bardziej do skocznego tańca w iście rockowym stylu. Niby dalece odbiega to od tego, co jest w moim guście, a jednak mi się podoba. Chyba jeden z najlepszych kawałków na krążku. Slash jest w dobrej formie, wycina bardzo melodyjną solówkę, czyni to numer jeszcze bardziej atrakcyjnym. The Last Fight przypomina mi natomiast kompozycje Bon Jovi z ostatniej dekady, ot takie granie kojarzące się z początkiem wyjazdu w dłuższą podróż, kiedy to jadąc samochodem czy pociągiem mijamy kilka znanych miejsc i pomału zbliżamy się do tych mniej znanych. Co ciekawe, Welweci wypadają w takim repertuarze znacznie lepiej niż ekipa Jona, przynajmniej ja tak to odczuwam. Dość relaksująca pozycja w secie, nieco odpoczynku po ostrym dudnieniu. Wstęp do Pills, Demons & Etc. to taka rockowa zabawa z "kaczuszką", zresztą w środku piosenki wah-wah pojawi się jeszcze kilkakrotnie. Zawartość utworu to typowe amerykańskie granie z lat '90, pełno takiego było w różnych sountrackach (stylistyka gdzieś spomiędzy Buckcherry i Therapy?). Niespodzianka z nastaniem American Man, spodziewać można by się było typowo amerykańskiego grania, a w sumie otrzymujemy dość interesującą mieszankę glam rocka a'la David Bowie, U2, plus kastaniety (sic!). Bardzo udany eksperyment. Natomiast kolejne Mary Mary to już bardzo prosty kawałek, niby poprawny, niby fajny, ale pozostaje jednak w tyle za resztą. Grupa poszukiwała inspiracji gdzieś w glamowym T-Rex, choć np. w refrenach nie brak nawiązań do amerykańskich zespołów z lat '50 (nic konkretnego nie przychodzi mi akurat do głowy, ale wystarczy tego posłuchać, by od razu wiedzieć, co mam na myśli). Nadszedł czas na danie główne, najlepszy moim zdaniem numer z krążka - Just Sixteen. Jest to dynamiczny rock'n'roll, który obroniłby się nawet, gdyby wyszedł dwadzieścia lat wcześniej. Bardzo żywiołowe wykonanie, chętnie bym usłyszał i zobaczył go na koncercie. Jest energia, jest pomysł, jest fajna solowka, są siły, tak trzymać!. Can't Get You Out Of My Head to cover utworu Electric Light Orchestra, w wykonaniu Rewolwerowców wypada to jednak jak kopia nowoczesnego Bon Jovi. Zresztą po raz kolejny wypada to lepiej od w/w, może dlatego, że głos Weilanda lepiej nadaje się do takiego repertuaru. Tempo piosenki wolniejsze od średniego, pasujące do deszczowego dnia, lub do tęsknego wpatrywania się w szybę. Teraz kolej posłuchać czegoś dla brata - For A Brother. Chyba swych braci muzycy nie za bardzo lubią, bo dedykują im najgorszy kawałek na płycie. Ewidentny zapychacz, nagrany na siłę i zaniżający tylko ogólną ocenę wydawnictwa. Znacznie lepsze będzie Spay, choć forma kapeli idzie w dół. Muzycznie jest to całkiem przyzwoite, jednak głos Weilanda jakoś nie bardzo do tego wszystkiego pasuje. Wyobraźcie sobie dynamiczną kompozycję, a do tego flegmatyczne grunge'owe wokale - tak to właśnie wygląda tutaj. Gravedancer to z kolei taka bluesowo-grunge'owa ballada. Dla odmiany Scott wypada tu znakomicie, pewnie dlatego, że to jego natywne klimaty. Niby coś w stylistyce Pearl Jam czy Soundgarden, ale lepsze, zapewne z powodu bardziej technicznego zagrania i przyzwoitej solowki. Za połową utworu mamy ukrytą ścieżkę Don't Drop That Dime, oplutą już przez wielu krytyków i recenzentów wstawkę a'la country. Jak dla mnie jest to jednak rewelacja, może po prostu dlatego, że się tego nie spodziewałem, a wypadło to znakomicie. Weiland wypadł tu wyśmienicie. Idę o zakład, że w Nashville i Mrągowie zrobiłby oszałamiającą karierę. Tak już zupełnie poza zestawem wpadł jeszcze w moje ręce bonusowy kawałek o tytule Psycho Killer będący coverem utworu granego przez Talking Heads. Nie znam niestety oryginału, więc nie mogę obu kompozycji porównać, ale już wiem, że ten numer powinien wejść w skład standardowego setu na krążku. Co tu dużo gadać, jest bombowy!

Ilekroć biorę do ręki płytę z tak dużą ilością utworów, zawsze boję się, że większość z nich to będą zapychacze i z reguły właśnie tak jest. Tym razem jest jednak inaczej. Velvet Revolver nagrał trochę niespójny i pełen eksperymentów krążek, ale w rezultacie okazało się to jego największym atutem, różnorodność zadziałała na jego korzyść. Pomimo faktu, że nie słucham takich odmian rocka na co dzień, uważam ten album za jedną z najlepszych płyt tego roku i z czystym sumieniem mogę go polecić do odsłuchania.

Oficjalna strona zespołu: www.velvetrevolver.net