
TNT - Atlantis
Wydawca: Marquee-Avalon / Metal Heaven / Bonnier-Amigo
Rok wydania: 2008
- Hello, Hello
- Peter Sellers Blues
- Baby's Got Rhythm
- Tango Girl
- Me And Dad
- Atlantis
- The Taste Of Honey
- Bottle Of Wine
- The Missing Kind
- Love Of My Life
- Had It, Lost It, Found It
- June, live from Scentrum scene. [japoński bonus]
- Substitute, Live [europejski bonus]
Skład: Tony Mills - śpiew, chórki; Ronnie Le Tekrø - wszystkie gitary, chórki; Victor Borge - gitara basowa, chórki; Morten 'Diesel' Dahl - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: H.P. Gunderson
Legendę bardzo łatwo jest zniszczyć. Po zmianie wokalisty fani zazwyczaj obdarzają zespół daleko idącym kredytem zaufania, ale jeśli grupa zaczyna nagrywać coraz to gorsze (czytaj: inne niż dotychczas) albumy, to fani zaczynają się od niej odwracać. TNT było uznaną marką, marka się zmieniła, teraz to po prostu inna marka. The New Territory było płytą pełną eksperymentów, ale w miarę udanych, co bardziej otwarci słuchacze mogli zagustować w takim graniu, Atlantis w tych eksperymentach posuwa się jeszcze dalej. Zanim sięgnąłem po nowy krążek kapeli, postanowiłem zapoznać się z wczesnymi recenzjami wydawnictwa i przeczytałem, że TNT gra teraz jak miks The Beatles, Queen i Beach Boys. Nie powiem, co sobie pomyślałem, bo musiałbym przeklinać.
Na szczęście wszystkie negatywne opinie wystawiane były na wyrost i płyta ma pewną wartość artystyczną, chociaż fani hard rocka musza naprawdę uzbroić się w sporą dozę tolerancji w stosunku do dzieła brytyjsko-norweskich żartownisiów. Faktycznie, Hello, Hello otwierające album to jak mieszanka Beach Boys i Beatlesów, muzycznie niekoniecznie jest tragicznie, bo pewne momenty kawałka brzmią bardzo ciepło i nawet wpadają w ucho. Problem leży w słowach kawałka, bo kiedy słyszę "hello, hello, how are you, it's good to see ya" powtarzane kilka razy z rzędu i to z dodatkiem kiczowatych chórków, to nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Słuchanie czegoś takiego w towarzystwie to po prostu obciach. Kiedyś David Lee Roth zrobił cover numeru Beach Boys California Girls i to było OK, bo to był cover, a nie autorska kompozycja, słuchacze przyjęli to jako żart czy wybryk, ale żeby zespół robił własną piosenkę w takim klimacie? Hmm, a może to nabijanie się z fałszywej i przesadnej uprzejmości mieszkańców pewnej europejskiej wyspy, której mieszkańcy Europejczykami się nie czują? No nic, idziemy dalej. Znacznie lepiej w ewidentnym już żarcie Peter Sellers Blues, tu przynajmniej udał się humor. Pierwsze perkusyjne dźwięki to niemal nuta w nutę skopiowana melodia ze słynnego tematu "Różowej Pantery" (ciekawostka: partie saksofonu w oryginalnym utworze odgrywał ojciec perkusisty Megadeth - Don Menza), reszta to już własna inwencja grupy. Intencje numeru były tym razem oczywiste i całość wypadła całkiem strawnie. Niezłe jest też Baby's Got Rhythm, ale tylko w melodiach instrumentów, bo wokalnie to przypomina mi jakieś murzyńskie soulowe chórki (bez urazy do czarnoskórych kolegów). Wydaje mi się, że Mills minął się z powołaniem, powinien dostać się do jakiejś rewii i występować w musicalach. Cenię jego umiejętności wokalne, ale czy nie mógłby on realizować się gdzieś indziej zamiast psuć kawałki hard rockowe? Na marginesie, główny riff utworu przypomina mi Jump In The Fire Metalliki, tyle że inaczej się kończy. Nadszedł czas na znacznie lepszy eksperyment z Tango Girl. Muzycy cięższy riff zaprawili dodatkiem czegoś, co brzmi jak kastaniety i pojawia się nawet akustyczna gitara stylizowana na tango/flamenco, że nie wspomnę o fajnej solówce częściowo aranżowanej w podobny sposób. Bardzo udane połączenie muzyki rockowej z wpływami iberyjskimi i co najważniejsze, Tony nie tylko tego nie zepsuł, ale jeszcze dzięki niemu cały numer wypada lepiej. Jedna z moich ulubionych kompozycji na krążku, ale zaraz po niej jedna z najmniej ciekawych. Me And Dad to taka ballada, gdzie wprawdzie podoba mi się akustyczny wstęp, a tym bardziej samo brzmienie instrumentu, lecz środek utrzymany w stylistyce beatlesowo-britpopowo-musicalowej to coś, co mnie odpycha. Zdaję sobie sprawę, że znajdą się ludzie lubiący np. The Beatles czy deszczowe piosenki Oasis, zwłaszcza w kraju pochodzenia Millsa, ale publiczność gustująca w klimatach hard rocka z ciepłej Kaliforni będzie zawiedziona. To po prostu nie ten typ grania, by implementować do niego takie wstawki. Szyldowe Atlantis może się spodobać fanom TNT z czasów harnellowych, czyżby grupa ugięła się wobec oczekiwań swojej publiczności? Czegoś tu brak wprawdzie, by było tak kolorowo, ale intencje zespołu są łatwo wyczuwalne, to stylistyka bardzo zbliżona do starych utworów formacji. Nie wiem, na co tu ponarzekać, może riffy powinny być bardziej wyraziste ;). Raczej pomyłką jest kolejne Taste Of Honey, znów musicalowo, jedyną dobrą rzeczą jest tu początek solówki brzmiący trochę jak eksperymenty Satrianiego. Bardzo obiecujący jest wstęp do Bottle Of Wine, taki hard rock pomieszany z funkiem w dobrym stylu jak niegdyś u Extreme, niestety nie dane nam będzie delektować się takim graniem w dalszej części kawałka. Fakt, brzmi to rozrywkowo, pewnie nadałoby się jako przerywnik muzyczny podczas jakiejś imprezy na plaży, tylko dlaczego ja muszę tego słuchać na płycie zespołu podobno rockowego? The Missing Kind należy do basisty, on tutaj gra najlepiej, chociaż wirtuozerii w tym nie ma, jest natomiast bardzo przyjemna dla ucha linia gitary basowej. Myślę, ze czegoś takiego nie powstydziłoby się np. U2. Kawałek bardzo wyważony i udany, kto nie ma uprzedzeń, powinien go polubić. Do gustu fanów melodic rocka czy nawet hair metalu może przypadnie radosne Love Of My Life, o ile oczywiście podoba się im głos Millsa. Lekko strawny numer przypominający mi trochę swym klimatem Sleeping With You z repertuaru Firehouse, ten sam typ "wibracji". Ostatnie w secie jest Had It, Lost It, Found It, które mi osobiście bardzo odpowiada. Nie jest to jakaś rewelacja, ale kawałek jest na tyle nietypowy, że przykuwa uwagę, jest całkiem melodyjny, eksperymenty nie leżały tym razem u jego podstaw. Ot, po prostu zespół się zmobilizował i nagrał dobrą kompozycję. W pewnych momentach głos Millsa brzmi tak, jakby tam śpiewał Harnell, a gitary mają zbliżone brzmienie do czasów świetności grupy, taka ciekawostka. Również jeden z moich faworytów w całym zestawie.
Cóż, pierwsze wrażenie w zetknięciu się z tym krążkiem może nie być pozytywne, zyskuje on jednak sporo za każdym kolejnym przesłuchaniem. Zupełnie jak z The New Territory i chyba mogę polecić go właśnie tym słuchaczom, którym podobała się tamta płyta. Uwagi miałbym dokładnie te same co tam, kilka piosenek bardzo dobrych (plus ukłon w stronę starych fanów w kawałku tytułowym), a kilka gdzie można by tę iskierkę geniuszu bardziej rozniecić, no i jeden totalny gniot (Taste Of Honey). Jeśli po album sięgnie się bez żadnych uprzedzeń i z podejściem, że TNT to już nie jest ten sam zespół co 20 lat temu, płyta uszu nam nie pokaleczy.
Oficjalna strona zespołu: www.tnttheband.com