
Teer - Teer
Wydawca: Now & Then / Frontiers Records
Rok wydania: 2001
- Bad Horsie
- Juice
- Die To Live
- The Boy From Seattle
- Ya-Yo Gakk
- Kill The Guy With The Ball / The God Eaters
- Tender Surrender
- San-San-Nana- Byoushi [japoński bonus]
Skład: Dan Michaels - śpiew, instrumenty klawiszowe; John Teer - perkusja; Shane French - gitary; Don Crandall - gitara basowa; Nathan Boone - gitary
Gościnnie: Ralph Santolla - sekwencery; Kevin Fitzpatrick - chórki
Produkcja: Ralph Santolla
Teer to stosunkowo mało znana grupa z Florydy, która powstała dość późno jak na czasy hair metalowe, bo w 1992 r. Cztery lata później zdołała wydać własnym sumptem debiutancki krążek o tym samym tytule co nazwa zespołu, który uchodzi dziś za perełkę wydawniczą i osiąga bardzo wysokie ceny na różnych aukcjach. W 1998 r. muzycy podpisali kontrakt z wytwórnią Now & Then i w nieco zmienionej formie został on wydany ponownie, z ponad połową nowych utworów i z inną okładką w 2001 r. Twórczość kapeli porównywana jest często z wczesnym Firehouse, Steelhouse Lane, Talon czy TNA.
Gdyby ten krążek wyszedł w 1989 r., złotej erze hair metalu, najprawdopodobniej przeszedłby bez echa, bo było wtedy wiele ciekawszych wydawnictw, jednak jak na swój rok wydania jest to pozycja dość ciekawa. Tym, co od razu powoduje, że na dzień dobry płyta traci kilka punktów z oceny jest raczej marna produkcja - odpowiedzialny za nią gitarzysta zespołu Millenium raczej się nie popisał. Gitary brzmią mętnie, bas jest prawie niesłyszalny, dźwięk perkusji przypomina raczej uderzenia w karton czy dyktę... Ale mimo to pierwsze w secie Heaven's Not Enough to zupełnie niezły hicior, z ciekawą linią melodyczną wokali i z przebojowym refrenem, nieco kojarzący mi się z kanadyjskim Gypsy Rose. Faktycznie porównanie barwy głosu Michaelsa do Snare'a ze Strażaków jest całkiem udane, ich głosy brzmią dość bliźniaczo. Muzykę najprościej można by określić jako mieszankę z pogranicza AORu i hard rocka, w proporcjach pół na pół. Zespół nie spuszcza z tonu i otrzymujemy kolejny przebój w postaci balladowo zaczynającego się Sadie. Prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem to sposób, w jaki grupa przechodzi z tego balladowego wstępu w ostry hard rockowy riff. Kiedy usłyszałem to za pierwszym razem, powaliło mnie to na kolana, potem już się do tego przyzwyczaiłem. Tutaj kiepska produkcja daje się jeszcze bardziej we znaki niż w numerze pierwszym, gdyby ją dopracować, mielibyśmy niekwestionowany radiowy hit. Ciekawie wypadają te podbarwienia klawiszami, ale właśnie słaba produkcja powoduje, że brzmi to bardziej jak jakiś materiał demo, niż profesjonalne nagranie. Ostro rusza do przodu Romeo i jest OK do momentu wejścia wokalu, który tym razem jakoś nie wpasował się w kompozycję, choć zapewne chciał dobrze. Efekt taki, że całość wypada jakoś tak bezjajecznie, a szkoda, bo potencjał był niezły, zwłaszcza w gitarach. Dla odmiany linie wokalne to główna siła balladowego Man Of The World. Piękny AOR-owy kawałek, który mógłby wyciskać łzy, gdyby nie... produkcja. Nie wiem, czy budżet przeznaczony na produkcję był tak mały, czy może producentowi się po prostu nie chciało, ale właśnie ten element po raz kolejny woła o pomstę do nieba. Na pocieszenie powiem, że jeśli słuchać tej płyty dość głośno, to mankament produkcyjny zaczyna mieć mniejsze znaczenie. Doskonałym numerem jest też Vampire's Lullaby, którego główną siłą jest moim zdaniem znakomity refren i te interesujące gitarowe riffy przed i po solówce. Można było z tego zrobić przebój, ale cóż, czasy były ku temu nie sprzyjające, zarówno w połowie lat '90 jak i na początku XXI wieku. Nie trafiłoby to ani do nu-metalowców, ani do fanów panny Spears. Początek Tell Me It's Over jest strasznie cieniutki, chwała niebiosom za to, ze zaraz po nim następuje seria szczególnie udanych zagrywek, które powtórzone jeszcze będą w refrenach. W sumie kawałek nic by nie stracił, gdyby ten wstęp z niego wyciąć i nawet nic nie wstawiać zamiast niego. Solówka mało wymyślna, ale zagrana poprawnie i co najważniejsze - pasuje do piosenki jak ulał. Balladowo-AORowe Monday Mourning muzycznie jest niezłe, niemniej jednak wokalista się tym razem jakoś nie popisał, śpiewa tu jakby od niechcenia. W ten sposób kompozycja robi się mało wyrazista i wypada raczej jak zapychacz. Z drugiej strony, wiele kapel miało zapychacze na swych krążkach, więc i tym razem przymkniemy na to oko. W Heart On String gitarzysta sobie trochę poeksperymentował i był to eksperyment dość udany. Piosenka o trzy długości lepsza od swej poprzedniczki, to dobrze, kapela odzyskała formę. Trochę ten numer kojarzy mi się z jedynką TNA. Obie płyty powstawały w podobnym okresie i ciężko stwierdzić, kto na kim się wzorował. Bluesowe wycieczki to też nic nadzwyczajnego na płytach hard rockowych, więc intro do Beggin' nikogo nie zdziwi. Dalej mamy zagrywki rodem raczej z europejskich kapel rockowych pokroju Victory, dobrze więc, że naśladownictwo szło w obie strony oceanu, a nie było tylko jednostronnie. Sam kawałek ujdzie, do najlepszych z krążka trochę mu brakuje, ale do najgorszego też na szczęście mu daleko. W podobnej stylistyce utrzymany będzie również ostatni na krążku Pride, z tym że tutaj przoduje kołyszący rytm, jaki można było usłyszeć u setek innych kapel grających o dziesięciolecie wcześniej, ot choćby grało tak Steelheart i David Lee Roth, ale z innymi wokalami rzecz jasna.
Album przeleżał w mojej kolekcji kilka lat, zanim w ogóle wziąłem się za jego słuchanie, a i teraz niezbyt często sięgam po ten krążek. Nie jest to coś, co koniecznie trzeba mieć, ale z drugiej strony warto czasem po niego sięgnąć i przypomnieć sobie, jak grają zespoły z drugiej ligi. Drugiej ligi, jeśli porównać to z klasycznymi wydawnictwami hair metalowymi, ale pamiętajmy, że jak na 2001 r. jest to pozycja całkiem porządna i może nawet jedna z najlepszych.
Oficjalna strona zespołu: www.teerband.com