
Steevi Jaimz - My Private Hell
Wydawca: Cargo Records / SCS Records / 101 Distribution
Rok wydania: 2009
- Amazing
- Don’t Say It’s Over
- Something Good Something Bad
- Still Crazy
- Little Sistah
- My Private Hell
- Kiss Of Death
- I Don’t Wanna Walk Away
- Dancin’ With Danger
- Kikk It Down
Skład: Steevi Jaimz - śpiew; Chris Laney gitary, gitara basowa, perkusja, chórki, Anders Ringman - gitary, gitara basowa, perkusja
Produkcja: Chris Laney i Anders Ringman
Wokalista Steevi Jaimz chwytał za mikrofon bardzo często i to już od młodych lat. Udzielał się w wielu zespołach, z których większość jest raczej mniej znana. W grającym NWOBHM Treason, później w Crash Ko, glamowym China Rogue, potem wstąpił do amerykańskiej grupy Idol Threat, wreszcie po powrocie do Anglii i nieudanej próbie wbicia się w szeregi bardziej znanego Tokyo Blade przyjęty został do Tigertailz. Z ekipą tygrysów nagrał tylko jedną płytę, debiutancką Young And Crazy (starsze wersje niektórych kompozycji wydano raz jeszcze w 2003 r. jako Original Sin), a jeden z napisanych przez niego utworów - Livin' Without You stał się przebojem i dotarł do Top 40.
Po odejściu z Tigertailz muzyk rozpoczął koncertowanie z własną grupą pod szyldem St. Jaimz, często zmieniającą skład, by wreszcie zmienić nazwę na Steevi Jaimz. Już pod taką nazwą pod koniec lat '90 zarejestrowano debiutancki solowy krążek Steeviego Damned If I Do... Damned If I Don't, wydany potem w 2000 r. przez wytwórnię Starryeyes i w roku kolejnym ponownie przez Perris Records, słynące z promowania kapel sleazowych. Większość materiału na tej płycie nie była nowa, pochodziła z repertuaru wcześniejszych formacji Jaimza. Kolejny album solowy pojawił się dopiero w 2009 r., kompozycje na My Private Hell to już materiał premierowy. Do jego nagrania Steevi zaprosił swych przyjaciół, Chrisa Laneya i Andersa Ringmana, czego efektem jest melodyjne wydawnictwo z pogranicza glamu, sleazu i hard rocka. Trzeba przyznać, że głos Jaimza sporo się zmienił od czasu debiutu Tigertailz, zniknęła gdzieś ta "pijacka chrypka", a barwa i styl śpiewania upodobniły się do grup typu Crashdïet (de facto kapela fenomen, stosunkowo młoda, a już zaliczana do klasyki sleaze rocka) czy Crazy Lixx. Sama zawartość muzyczna plasuje się gdzieś pomiędzy solowymi nagraniami Johnny'ego Limy a Chrisa Laneya, zresztą z najnowszym krążkiem tego ostatniego My Private Hell może startować do miana jednego z najlepszych, melodyjnych hard rockowych albumów roku 2009. Promocyjne info towarzyszące płycie reklamuje płytę jako połączenie hard rocka w stylu Ozzy'ego Osbourne'a i KISS. Coś w tym jest. Pierwszy numer w zestawie, reklamujące krążek teledyskiem Amazing, faktycznie wydaje się nawiązywać riffami do twórczości Osbourne'a gdzieś z połowy lat '80 i tego samego okresu w działalności ekipy Simmonsa pod względem linii wokalnych. Doskonale się tego słucha, jest dynamicznie, ostro i melodyjnie zarazem. Zaiste utwór zasługuje na swój tytuł. Inna formułę Steevi wybrał dla nie mniej znakomitego Don’t Say It’s Over. Trochę tu jankeskiego rock'n'rolla z silną domieszką innych wpływów. Jeśli się dobrze wsłuchać, to wychwycimy też zapożyczenia od The Cult, Danger Danger, Def Leppard, The Sisters Of Mercy (rytmika podkładów w refrenach), a nawet Bonnie Tyler (sposób prowadzenia chórków). Piosenkę tę skomponował Laney do spółki z Ryanem Roxie, współpracującym wcześniej z Alice Cooperem i Slash's Snakepit. Ryan, ciekawostka, ma polskie korzenie, jego ojciec był Polakiem (prawdziwe nazwisko - Rosowicz). I kto teraz będzie się upierał, że polscy muzycy nie czują rock'n'rolla? Something Good Something Bad może konkurować z kompozycjami Desmonda Childa, ma dokładnie takie same brzmienie i opiera się na bliźniaczych patentach jak "dzieci" Desmonda. Ale Child nie maczał w tym palców, po prostu muzykom udało się uchwycić jego ducha i stworzyć niemal doskonałą "podróbę". Czyż podkłady i sposób prowadzenia linii wokalnych nie przypominają tu żywcem kawałków Desmonda pisanych niegdyś dla KISS i Bonnie Tyler? Duch lat '80 wyczuwalny jest też w kolejnym Still Crazy, piosenka przypomina mi setki kapel z Sunset Strip. Znów nie brakuje melodii, ponownie nie zabrakło żywiołowości, przede wszystkim czuć, że nie ma tu udawania i tworzenia klimatu na siłę, chłopaki są bardzo przekonujący w tym, co robią. Komu mało rock'n'rolla i chce pokręcić biodrami, temu grupa serwuje Little Sistah. Fajne brzmienie gitar w riffach, jak i same riffy, trochę słabiej już z wokalami. Chórki jeszcze ujdą, mniej popisał się Jaimz, ale i tak numer jako całość się broni. Tytułowe My Private Hell utrzymane jest w stylistyce ubiegłorocznego wydawnictwa Driver, czyli taki hard rock z domieszką heavy metalu. Nieco zaskakują łagodne, niemal AOR-owe klawisze wplecione do tego mocnego utworu, lecz co ciekawe, pasuje ten zabieg do kompozycji. Pewne podobieństwa do wcześniejszego Little Sistah wykazuje Kiss Of Death (spodziewałem się, szczerze mówiąc, coveru Dokken ;)), ale jest on już dopracowany w szczegółach. Jaimz spisuje się znacznie lepiej, momentami jego brawa głosu przypomina mi wokalistę Shotgun Messiah, zresztą w partiach gitar też sporo się dzieje, a utrzymane są one w podobnej manierze do wspomnianej kapeli. Pewnego smaczku dodaje jeszcze sekcja dęta użyta w refrenach i tu przypominają mi się z kolei zabiegi Extreme z ich genialnego Pornograffitti. Jesteśmy za połową płyty, a nie było jeszcze ballady. Jej czas nadszedł właśnie teraz, zaczyna się kręcić I Don’t Wanna Walk Away. Od razu skojarzenia z pościelówami Def Leppard, Blue Tears i dodatkowo Gypsy Rose. Nie powala mnie to wprawdzie na kolana, ale sam kawałek jest naprawdę dobry, po prostu trzeba być w odpowiednim nastroju, by go słuchać. Fajnie zaaranżowane flażolety w Dancin’ With Danger od razu sprawiają, że podchodzę do tej kompozycji nadzwyczaj życzliwie. Środek utworu nie jest może już tak rewelacyjny, ale wciąż nie schodzi poniżej pewnego poziomu i dobrze się go słucha. Początek ostatniego w zestawie Kikk It Down przywodzi mi na myśl Mr. Brownstone Guns N' Roses, choć dalej nie ma już żadnych nawiązań w stronę Gunsów. Więcej tu ukłonów w stronę Def Leppard z okresu Adrenalize i Danger Danger z czasów ich drugiego krążka, doprawionych sosem z potrawy zwanej Pretty Maids.
Sympatycy hair metalu z lat osiemdziesiątych otrzymują kolejną, cholernie dobrą pozycję utrzymaną w stylistyce, jaka była popularna gdzieś w latach 1987-1991. Album posiada wszystkie najlepsze cechy tego gatunku, jest melodyjny, ostry i przebojowy. Zero wypełniaczy, same hiciory. Aż trudno uwierzyć, że powstał w roku 2009... Efekt współpracy raptem trzech (w porywach do czterech) muzyków jest piorunujący. Zresztą ponoć pierwsza partia krążków rzuconych na sprzedaż do sklepów sieci HMV i Amazon została wyprzedana co do jednego. Jak tak dalej pójdzie, to ciężko będzie tę płytę dopaść. Ledwie została wydana, a już stała się klasykiem hair metalu. Polecam.
Oficjalna strona artysty: www.steevijaimz.com