
Spinal Tap - Break Like The Wind
Wydawca: MCA Records / Universal / Zoom
Rok wydania: 1992
- Bitch School
- The Majesty Of Rock
- Diva Fever
- Just Begin Again
- Cash On Delivery
- The Sun Never Sweats
- Rainy Day Sun
- Break Like The Wind
- Stinkin' Up The Great Outdoors
- Springtime
- Clam Caravan
- Christmas With The Devil
- Now Departing On Track 13 (unlisted)
- All The Way Home
Skład: David St. Hubbins (Michael McKean) - śpiew, gitara; Nigel Tufnel (Christopher Guest) - gitara prowadząca, chórki; Derek Smalls (Harry Shearer) - gitara basowa, chórki; C. J. Vanston - instrumenty klawiszowe; Mick Shrimpton (R.J. Parnell) - perkusja i instrumenty perkusyjne; Rhyan Gordon - gitara, kij bejsbolowy
Gościnnie: Dweezil Zappa - gitara w [3]; Cher - śpiew w [4]; Slash - gitara w [8]; Steve Lukather - gitara w [8]; Joe Satriani - gitara w [8]; Jeff Beck - gitara w [8]; Timothy B. Schmit - chórki w [5,12]; Waddy Wachtel - gitara slide w [9]
Produkcja: Spinal Tap, T-Bone Burnett, Dave Jerden, Danny Kortchmar i Steve Lukather
W 1992 r. Spinal Tap powraca jako "prawdziwy zespół" z płytą Break Like The Wind. Album nie posiada już klimatu pamiętnej ścieżki dźwiękowej z 1984 r., ale chyba tylko dlatego, że nie towarzyszy jej otoczka w postaci podkładu wizualny, jakim był wcześniej film This Is Spinal Tap. Występują też spore różnice w samym brzmieniu krążka, tutaj jest ono zdecydowanie bardziej nowoczesne. Zapewne zabiegu tego dokonano po to, by utrafić ze sprzedażą w gusta publiczności hair metalowej, w 1992 r. wciąż jeszcze przecież dość licznej.
Tę tendencję dobrze obrazuje otwierające płytę Bitch School, gdzie brzmienie faktycznie przypomina hard rocka lat '80, podczas gdy poprzednie wydawnictwo celowało bardziej w klasykę tego gatunku. I tu właśnie widać pewną wadę nowego nagrania Spinal Tap, bo mimo iż sama muzyka jest niczego sobie, to St. Hubbins odstaje daleko ze swoim wokalem od większości znanych kapel hair metalowych. Naśladowanie tuzów hard rocka lat '70 zdecydowanie dużo lepiej mu wychodziło. Także warstwa tekstowa nie jest już tak imponująca jak uprzednio. Znacznie lepiej jest w promowanym teledyskiem The Majesty Of Rock, gdzie słowa wypadają bardzo podniośle, co nasuwa mi pewne skojarzenia ze znanym kawałkiem Slade. Wspomniałem o teledysku, dodam że jest on znakomity pod wieloma względami. Podoba mi się patent z wpleceniem "postaci historycznych" z kręgów muzyki rockowej, ruchy Janis Joplin i Roya Orbisona niemal majstersztykowo zostały zgrane z ruchami Smallsa, kilka innych postaci też śmiga na scenie w rytm tego utworu. Ściana głośników Marshalla ciągnie się niczym Chiński Mur i wyobraźnia dopowiada sobie, że wzmacniacze muszą mieć obowiązkowo potencjometry głośności w skali do 11 ;). Mój ulubiony moment klipu to oczywiście solówka. Diva Fever wyróżnia się z zestawu swoją skocznością i mało wyrafinowanymi lirykami, no i poza tym świetną grą na gitarze Dweezila Zappy. Sporo popisów na wiosełku, tak więc pewnego rodzaju gratka dla gitarzystów. W nieco musicalowym Just Begin Again St. Hubbinsa wspomaga wokalnie Cher. Sam numer jest tak spokojny, że będąc mocno zmęczonym, albo słuchając go pod wieczór, można przysnąć. Co ciekawe, w warstwie tekstowej nie wyczuwa się tej całej charakterystycznej dla owej grupy prześmiewczości, kawałek sprawia wrażenie zagranego zupełnie na poważnie. Cash On Delivery to solidny rocker, w dodatku to jeden z moich ulubionych momentów na płycie. Mocne, gitarowe riffy, do tego trochę monotonna perkusja, co nie psuje jednak całości utworu, a teksty znów robią się zabawne. Jeden z nieśmiertelnych cytatów: "Love's like money, gotta spend it slow...". Słowa to też silny punkt w The Sun Never Sweats, sama kompozycja do rewelacyjnych nie należy, chociaż jest słuchalna, a zyskuje sporo, gdy słucha się jej głośno. Jak na mój gust to trochę za mało się tu dzieje. Z kolejnym muzycznym żartem mamy do czynienia w Rainy Day Sun, całkiem lekko strawnym numerze, aczkolwiek mało rockowym. Przypomina mi to trochę mieszankę brytyjskiej ska-popowej ekipy z Madness z naszym rodzimym Kultem prowadzonym przez Kazika Staszewskiego. Nadszedł czas na firmowy kawałek, czyli Break Like The Wind. Jest tu trochę progresywnego rocka ilustracyjnego na nutę Pink Floyd, są i ostrzejsze fragmenty. Większość piosenki jest raczej wolna, przy czym w drugiej połowie nagrania, bliżej końca, pozwolono sobie na odrobinę szaleństw. Sprawdzili się wprawdzie zaproszeni goście, w tym Satriani, Slash, Lukather i Jeff Beck, tyle że nie zagrali tu niczego, co byłoby lepsze od ich dokonań w macierzystych zespołach. Mój ulubiony moment z utworu to miniaturka przed solówką, stylizowana na wolne pseudo-flamenco. Stinkin' Up The Great Outdoors to coś w klimatach bardziej typowego boogie-rock'n'rolla i prawdziwa ozdobą są tutaj partie gitary slide. Dodaje to krążkowi uroku, kolorytu. W tekście mamy ukrytą aluzję do legendarnego perkusisty zespołu ("Look for the drummer, he's nowhere around"), kto oglądał This Is Spinal Tap, od razu skojarzy, o co chodzi. Następny muzyczny żart o tym, jak można ponarzekać na pory roku - Springtime. Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł, by do zaśpiewania tego numeru zaprosić Alice Coopera, jego głos pasowałby tu idealnie, podkreśliłby klimat kawałka. I tak jest nieźle, nie ma co narzekać. Uśmiech na twarzy pojawi się, gdy usłyszymy podkłady pod Clam Caravan. Delikatność numeru i nastrój z niego bijący pobudzają wyobraźnię, możemy przenieść się na pustynię, poczuć upalne słońce i trudy przemierzania piasków, możemy razem z "podmiotem lirycznym" zadać pytanie Sfinksowi i wrócić do "Olde Englande againe". Zawarta na krążku wersja Christmas With The Devil trochę przynudza, wolę wersję z reedycji This Is Spinal Tap, tam to brzmiało jakby ostrzej. Ciężko znieść mi dwa wolne numery pod rząd, stąd i często kompozycję traktuję "skipem". Ścieżki nr 13 nawet nie wymieniono w spisie utworów na tylnej stronie albumu. Też wolna, nastrojowa piosenka o charakterze ballady, ze słowami wymawianymi, a nie śpiewanymi. Na końcu płyty zamieszczone zostało All The Way Home, czyli pierwszy rzekomy kawałek, jaki David i Nigel skomponowali razem, tak przynajmniej twierdzili w filmie z '84 r. Rzekomo nagrali go w 1961 r., w sześć lat po tym, jak go skomponowali. Faktycznie, numer posiada brzmienie utworów z lat '50 i '60, chyba nie powstydziłby się go sam Elvis.
Czego jak czego, ale pomysłowości tej fikcyjnej grupie odmówić nie można, nawet po dziesięciu latach, jakie minęły od ich równie fikcyjnej trasy koncertowej po Ameryce (1982 r.) przedstawionej w filmie. Połowa kompozycji to kawałki hard rockowe, nie zabrakło też nabijania się z innych gatunków. Nie wiem, czy gdyby nakręcono do tego kolejny film, to odniósłby on podobny sukces do swego poprzednika, ale w zasadzie jest to godny następca This Is Spinal Tap.
Oficjalna strona zespołu: www.spinaltap.com