Rob Balducci - Violet Horizon

Rob Balducci - Violet Horizon

Wydawca: Favored Nations Entertainment / Digital Nations
Rok wydania: 2009

  1. Violet Horizon
  2. Friction
  3. Devil's Juice
  4. The Essence
  5. Liquid Soul
  6. Shape Shifter
  7. Trinity
  8. Choke
  9. Float (I Remember...)
  10. My Desire
  11. Bal's Groove "Thang"
  12. Shine
  13. Sleestack
  14. Violet Horizon - Reprise
  15. Ilu 9-5 (bonus track)

Skład: Rob Balducci - wszystkie gitary; Ethan Meixsell - gitara basowa; instrumenty klawiszowe; Ian Fry - perkusja
Gościnnie: Dave Weiner - solo w [3]; Guthrie Govan - solo w [13]; Chris Ingram - instrumenty klawiszowe w [7]

Produkcja: Rob Balducci i Carl Roa

Instrumentalne płyty gitarzystów mają to do siebie, że kierowane są do specyficznego grona odbiorców. Zazwyczaj pełne są sztuczek technicznych i długich motywów, które dla typowego słuchacza mogą być niezrozumiałe. Z drugiej strony, jak ktoś gustuje w takiej muzyce, to na brak wydawnictw w tym gatunku narzekać nie może. Chociażby w tym roku dość dobrze znany fanom wymiataniaRob Balducci uraczył miłośników gitarowych brzmień swoim czwartym już albumem solowym.

Balducci pochodzi z Queens w Nowym Jorku i należy do grona znanych w gitarowym światku shredderów. Ciężko powiedzieć, co robi Rob, kiedy nie gra na gitarze, bo nawet jak nie komponuje i nie ćwiczy, to udziela gitarowych lekcji. Kiedyś bardzo pochlebnie wypowiadali się o nim Joe Satriani i Steve Vai, doceniła go też branżowa, muzyczna prasa. Pierwsze solowe dzieło obwieścił światu w 1995 r., potem nagrywał kolejne krążki co kilka lat. Trzy ostatnie, włącznie z Violet Horizon wydane zostały przez Favored Nations Entertainment, wytwórnię prowadzoną przez Steve'a Vaia. Od momentu debiutu wiele się w stylu gry Balducciego nie zmieniło, nadal słychać tam gdzieś echa Satrianiego i Vaia, chociaż w grze Roba pełno też nawiązań do Johna Petrucciego, Steve'a Morse'a, Frank Gambale, czy Richiego Kotzena, bo gitarzysta lubi pograć sobie w stylu fusion i na nutę progresywną. Jego nagrania nie są więc typowymi wesołymi i melodyjnymi piosenkami, sporo jest w nich improwizacji i wariacji. Generalnie dobrze się tego słucha, choć czasem odnoszę wrażenie, że większość kompozycji jest zbyt podobnych stylistycznie do siebie. Płytę rozpoczyna tytułowy utwór Violet Horizon, który pełni rolę ilustracyjnego intra i trwa raptem nieco ponad dwie minuty. Brzmi to trochę jak te wolniejsze, osadzone w bluesie kawałki Satrianiego, przy czym artykulacyjnie bliżej tu Balducciemu do Vaia. Całkiem niezłe, choć nie wiem, czy zapadające w pamięć, bo podobnych numerów niejeden gitarzysta już naprodukował krocie. We Friction Rob dał się już całkowicie ponieść swym umiejętnościom technicznym, więc mamy sporo wymiatania. Dominują różnego rodzaju podciągnięcia strun i wibrata, klimatycznie i melodycznie wygląda to tak, jakby Gambale i Kotzen wymieniali się gitarą. Ostatnimi czasy w podobnym kierunku idzie Vinnie Moore... Zresztą co nie co z Moore'a i MacAlpine'a będzie w Devil's Juice, wszystko z dodatkiem odrobiny tajemniczości. Gościnne solo zagrał tu Dave Weiner, jeden z gitarzystów towarzyszących w trasie Vaiowi, stąd też vaiowych wpływów jest tu co nie miara. Nie inaczej będzie w The Essence, gdzie znów nawet jeśli nie usłyszymy konkretnych zapożyczeń w melodiach, to przynajmniej stylem utwór podejdzie pod Satrianiego i Vaia. Więcej tu eksperymentów niż przedtem, Rob bawi się długimi wybrzmieniami akordów, partie perkusji wydają się być bardziej rozciągnięte. Liquid Soul jest bardzo kotzenowaty, ale sam Balducci nie kryje swoich inspiracji i śmiało przyznaje się w wypowiedziach, że podpatrzył to i owo u Richiego. Choć taka stylistyka nie leży w moim guście, ten kawałek mi się podoba. Shape Shifter też, jeśli chodzi o strukturę, sprawia wrażenie znajomo brzmiącego. Gdyby Blues Saraceno spotkał się z Vaiem na jam session i trochę poimprowizowali, mogłoby z tego wyjść właśnie coś w ten deseń. Fanatykom gitarowego grania numer powinien wpaść w ucho, nieosłuchanym w gatunku nie wiem, czy mogę kompozycję polecać. W Trinity za wzór posłużył Gary Moore, ale do tego też przyznał się sam Balducci. Wolny bluesior, bez większych technicznych fajerwerków w pierwszej połowie ścieżki (dalej owszem), za to z niebagatelną porcją feelingu. Nic, tylko usiąść w knajpie i sączyć drinka za drinkiem. Choke prezentuje sobą kilka patentów, między innymi dublowanie zagrywek rytmicznych dźwiękami wygrywanymi w wyższych rejestrach. W środku sporo bezmyślnego wymiatania, które jednak robi wrażenie, zwłaszcza wśród tych gitarzystów, co nie opanowali jeszcze warsztatu technicznego na odpowiednio wysokim poziomie. Przy Float (I Remember...) Rob wymienił jako inspirację Jeffa Becka. Ten trzyminutowy utwór wyróżnia się z zestawu swoim klimatem - jego brzmienie opiera się na sprytnie wykorzystanych pogłosach i delayach. Świetna pozycja do posłuchania wieczorem, dla rozluźnienia i uspokojenia. W My Desire wirtuoz nie może się zdecydować, czy grać pod Santanę, czy pod Vaia. Ja tu jeszcze słyszę odrobinę Vinniego Moore'a z czasów Out Of Nowhere. W sumie kawałek bardzo dobry, nie rażą mnie nawet te zagrywki rodem od Carlosa. Niczego nowego nie wnosi Bal's Groove "Thang", ot, Rob wymyślił sobie melodyjkę, którą powtarza kilka razy, a na jej tle próbuje się popisywać. Wszystko zagrane poprawnie, technicznie, ale brak w tym czegoś przykuwającego uwagę. W Shine Balducci przyznaje się do inspiracji Alexem Lifesonem, ale nie są one liczne, bo więcej słychać tu wszędobylskiego Vaia. Vaiowe są tu wibrata, no i Rob często prezentuje tu tzw. efekt "flutter" (szarpnięcia strun z równoczesnym uderzeniem w ramię tremola). Ciekawym eksperymentem jest Sleestack, gdzie jako gość dołączył ze swoim wiosełkiem Guthrie Govan. Też znana persona, zapewne większość słuchaczy kojarzy go z zespołu Asia, ja natomiast miałem okazję przećwiczyć kilka łamańców, które Guthrie zamieścił w piśmie "Guitar Techniques". Nagranie brzmi, jakby do jakiegoś numeru Rage Against The Machine ktoś dograł masę solówek. Sporo improwizacji i eksperymentów, jak ktoś szuka tu czegoś melodyjnego, to raczej nie znajdzie. Violet Horizon - Reprise to znów inklinacje bluesowe, jak na początku krążka. Ilustracyjne granie, gdzie nie brak cytatów z Pink Floyd, zresztą i tym razem Balducci nie wstydził się czerpać natchnienia z Gilmoura. Album wieńczy kompozycja Ilu 9-5, dodana do zestawu jako utwór bonusowy. Raz jeszcze mamy do czynienia z nagraniem wolnym, eksperymentalnym, gdzie znaczną role odgrywają pogłosy i delaye. Brzmi to trochę tak, jakby Balducci nie grał, a testował swój sprzęt.

A sprzętu jako beneficjent licznego endorsementu Rob Balducci ma sporo. Lista firm go wspierających jest długa, dość wymienić takie nazwy jak Ibanez, D'Addario, DiMarzio, Morley, czy Dunlop. Byle kto takiego sprzętu nie dostaje, a można się o tym przekonać właśnie słuchając Violet Horizon. Miłośnikom grania w stylu Vaia, Satrianiego, Gilmoura, Jeffa Becka, Saraceno, Kotzena, Moore'a (obu, Vinniego i Gary'ego), Stev'e Morse'a, Gambale'a, album jak najbardziej polecam.

Oficjalna strona artysty: www.robbalducci.com