
Pantommind - Lunasense
Wydawca: Spectastral Records
Rok wydania: 2009
- Transmission Part I
- Erasable Tears
- Wolf
- Sandglass
- Letter To No One
- To The Days Of Old
- Blank
- Transmission Part II
- My Home (Into Infinity)
- I'll Never Be The Same
Skład: Tony Ivan - śpiew, gitara akustyczna, chórki; Peter Christ - gitara elektryczna i akustyczna, chórki, instrumenty klawiszowe, gitara basowa, pianino; Drago - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki; Peter Vichew - gitara elektryczna i akustyczna; Sunny X - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Colleen Gray - chórki w [6], partie mówione w [1,2,8]
Produkcja: Pete Christ i Pantommind
Czy globalizacja jest dobra czy nie, można długo polemizować. Mimo wielu wad ma i swoje zalety, a jedną z nich jest możliwość zaistnienia wielu dobrych zespołów z "egzotycznych" krajów. Kto by pomyślał, że jedno z małych miasteczek Bułgarii kryje w sobie takie progmetalowe perełki jak Pantommind. Muzycy prezentują wysoki poziom techniczny, mają pomysły na chwytliwe melodie, a i brzmienie drugiego w ich karierze krążka potrafi zachwycić.
Cała rzecz zaczęła się ponoć w 1993 r., kiedy to grupa przyjaciół postanowiła grać muzykę, jakiej sami namiętnie słuchali. Nazwali się wtedy Lavender Haze, wyznacznikiem ich stylu miało być Queensrÿche, co wpłynęło na dodawanie elektronicznych motywów do twórczości formacji. Przełom nastąpił dwa lata później, kiedy to w 1995 r. do zespołu dołączyli wokalista Tony Ivan i perkusista Drago, zdecydowano się wtedy zmienić nazwę na Pantommind. Rok pracy nad nowym materiałem i ukazuje się czteroutworowa demówka EP o tytule Unreality, a do 1999 r. muzycy nagrywają jeszcze pełnometrażowe demo zatytułowane Farewell, którym grupa zdobywa zainteresowanie w podziemnych kręgach prasy i fanów. Początek XXI wieku to czas roszad personalnych, w wyniku których zmienia się obsada na stanowiskach basisty i gitarzysty, ponadto skład poszerza się o klawiszowca. Debiutancki album Shade Of Fate udaje się kapeli nagrać w 2004 r., zespół zabezpiecza sobie kontrakty płytowe na Europę i USA, podpisuje też umowę z duńskim Intromental Management. O Bułgarach robi się głośno, debiut trafia do zestawień najlepszych albumów progresywnych, chłopaki koncertują u boku Fates Warning i później Helloween, występują na prestiżowym festiwalu Progpower w Holandii. Prace nad drugą płytą rozpoczynają już w 2006 r., jednak Lunasense ukazuje się dopiero w 2009... Długo trzeba było czekać na to wydawnictwo, ale to już standard i żadna niespodzianka, jeśli zna się losy tej kapeli. Zespół kupił mnie pierwszym w zestawie kawałkiem Transmission Part I, urzekł mnie nim już od pierwszego przesłuchania. Ten instrumentalny twór jest jak kameleon, rozpoczyna się od gustownych, nieco intrygujących klawiszy, by przejść w połamane rytmy gitar wymieniające się łamańcami z perkusją. Sporo zmian melodii, jedne bardzo melodyjne, inne nieco schizofreniczne, w dodatku czuć tu jakąś domieszkę muzyki etnicznej (zgaduję, że bułgarskiej). Zdecydowanie moja ulubiona pozycja w zestawie. Poprzeczkę formacja postawiła sobie wysoko tym numerem, ale drugie w kolejności Erasable Tears nie jest dużo gorsze. Groźne klimaty dominują kompozycję, powala świetne brzmienie instrumentów, każdego z osobna jak i wszystkich razem. Głos Ivana nie jest tu elementem, który by mnie jakoś szczególnie zachwycił przy pierwszym podejściu, znam całą masę lepszych wokalistów, niemniej jednak nie jest on zły, grunt że nie psuje całego zamysłu artystycznego. Jakby chłopaki zdawały sobie sprawę z faktu, że pozostaje on nieco w tyle za zespołem, jeśli chodzi o umiejętności (czy też raczej możliwości jego gardła), dodano liczne efekty typu pogłosy - np. linie wokalne zdają się wynurzać jak z jakiejś otchłani. Jest to kwestia przyzwyczajenia, polubiłem LaBrie z Dream Theater, zacząłem w końcu tolerować Tony'ego Ivana. Zresztą w Wolf spisuje się Tony znakomicie, jego maniera wokalna podchodzi pod Ronniego Jamesa Dio, a momentami nawet brzmi nieco operowo. Tworzy to specyficznie epicki klimat, jeśli dodać do tego cmentarne dzwony z początku utworu i rewelacyjne klawisze ze środka, to kawałek robi pozytywne wrażenie. Gdzieniegdzie wpleciono heavy metalowe zagrywki, ale nie dominują one progresywnego charakteru kompozycji jako takiej. Sandglass jest niby balladą, choć w tej stylistyce muzycy długo nie wytrzymali i już po półtorej minuty robi się bardziej progowo. Głos Ivana zaczyna przypominać mi Dona Dokkena z tych pozycji balladowych nagrywanych od roku 1995 wzwyż. Okazuje się, że jednak Tony śpiewać potrafi dobrze, po prostu nie pokazał tego w na początku płyty. Niczym nie zaskakuje Letter To No One, wszystkie niespodzianki kapela już wykorzystała wcześniej, mamy za to składny i poprawnie skomponowany kawałek. Gitary chodzą tu i ówdzie jak w Queensrÿche, więc fani tej formacji poczują się jak u siebie, tzn. jak słuchając swej ulubionej kapeli. Faktycznie, Pantommind zapożyczył sobie sporo od ekipy Tate'a, w tym i motywy balladowe wplatane w środek nagrania. Wstęp do To The Days Of Old jest za to utrzymany mocno w manierze Dream Theater z czasów Awake, natomiast okolice refrenu przypominają Fates Warning. Nowością są dodatki zapożyczone z metalu gotyckiego, m. in. partie instrumentów klawiszowych i ponuro brzmiące gitary rytmiczne. No i wokalnie Ivan próbuje naśladować te wszystkie gotyckie śpiewaczki... Tajemniczy początek Blank jak bym już gdzieś słyszał, nawet na najnowszej płycie formacji Petrucciego, ale i wcześniej, tylko nie pamiętam gdzie. Nie zwiastuje on progresywno-powermetalowego standardu, jaki następuje dalej. Owszem, jest tu bez niespodzianek, ale słucha się tego dobrze. Ivan osiąga ciekawe efekty wbijając się swoim gardłem gdzieś pomiędzy Tony'ego Martina a Michaela Vescerę, ma u mnie za to zresztą plus, bo bardzo lubię tych wokalistów. Po Transmission Part II spodziewałem się powtórki z historii, myślałem, że może grupa rozwinie jakoś tematy z początku krążka, a jednak druga cześć opowieści nie ma nic wspólnego z pierwszą. Zero progresu, zero wstawek etnicznych, jest za to ballada w stylu pianistycznym, której nie powstydziłoby się i pewnie samo Dream Theater. Tyle że Dream w takich wypadkach dorzuca gratis głos LaBrie, a Pantommind zdecydował się pozostawić ten utwór instrumentalnym. Na tle wszystkiego, co było do tej pory, My Home (Into Infinity) wydaje się nie mieć żadnej własnej tożsamości. Gdyby nie tradycyjnie wspaniałe brzmienie i klika patentów a'la 'Ryche czy Fates Warning i trochę neoklasyki w solówkach, uznałbym ten numer za jakiś wypełniacz. Powalać nie powala, za kolejnymi odsłuchami wchodzi jednak gładko. W I'll Never Be The Same grupa zdecydowała się zastosować podobny pomysł na utwór jak w ubiegłym roku Seventh Wonder w ścieżce Break The Silence. Chodzi o rozwlekły balladowy wstęp i folgowanie progresowi w drugiej części utworu. Nie mam nic przeciwko takim ruchom, chociaż balladowy początek mógłby jednak trwać krócej.
Bułgarzy zaskoczyli mnie pozytywnie, zyskali moją sympatię i zdobyli moje zainteresowanie swoją twórczością na przyszłość. Jeśli historia się powtórzy, to pewnie na kolejny krążek trzeba będzie czekać kilka lat, ale idąc tym samym tokiem rozumowania, będzie to zapewne kolejna pozycja godna uwagi. Długi czas komponowania materiału owocuje i otrzymujemy bardzo przemyślane i dopracowane utwory. Progresywnym maniakom gorąco polecam dokonania Pantommind.
Oficjalna strona zespołu: www.pantommind.com