Marcello-Vestry - Marcello-Vestry

Marcello-Vestry - Marcello-Vestry

Wydawca: NL Distribution / MSI Music
Rok wydania: 2008

  1. Fireworks
  2. Ready Or Not
  3. All I Wanna Do Is U
  4. Gone
  5. Without You
  6. Live Life
  7. What You Mean
  8. Love Injection
  9. Gangster Of Love
  10. One More Night
  11. Gone (acoustic) [japoński bonus track]

Skład: Frank Vestry - śpiew; Rob Marcello - gitary, instrumenty klawiszowe; Bruno Ravel - gitara basowa; Lynn D. Ruhms - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Mike Pont - chórki; Korg Young - dodatkowe partie gitar

Produkcja: Bruno Ravel

Dobra passa roku 2008 trwa. Trudniej jest wymienić słabe wydawnictwa niż dobre i oby tak dalej. Spośród tych godnych uwagi należy wspomnieć projekt o niepozornej i niewiele mówiącej nazwie Marcello-Vestry. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem skądinąd ciekawą i zarazem nietypową okładkę debiutanckiego krążka, myślałem, że szykuje się jeszcze jedna mało interesująca płyta jakże modnych ostatnio projektów złożonych z tzw. wypalonych muzyków. Nie dałem się jednak zwieść temu wrażeniu, zapoznałem się z samplami (dość tradycyjny od pewnego czasu sposób na poznanie nowości) i już nie miałem wątpliwości, że jest to coś, co koniecznie muszę usłyszeć. Przyjrzyjmy się bliżej, kto za tym dziełem stoi...

Rob Marcello to wprawdzie gitarzysta niezbyt popularny, ale o ugruntowanej, można powiedzieć, pozycji na rynku muzyki związanej z hard rockiem. Przewinął się wprawdzie w swojej karierze przez kilka zespołów, ale najbardziej znany z nich to Iron Horse, czyli ekipa dowodzona przez Rona Keela, jednego z weteranów w tym gatunku. Parę lat temu Marcello został także wioślarzem w powracającym, miejmy nadzieję że w chwale, Danger Danger, gdzie zastąpił on Andy'ego Timmonsa. Na albumie pojawia się też w podwójnej roli inny muzyk z D2, Bruno Ravel, odpowiadający tutaj za obsługę gitary basowej oraz produkcję. Brzmi ciekawie, zwłaszcza że w tym roku ma wyjść nowe dzieło D2, a w chórkach mamy jeszcze jednego z pierwszych gardłowych tej kapeli - Mike'a Ponta, nieprawdaż? Resztę składu uzupełniają mało znani panowie, z których największą uwagę przykuje oczywiście Frank Vestry. Gdzie ten człowiek się uchował przez te wszystkie lata? Jego głos brzmi wspaniale i pasuje idealnie do wykonywanej przez zespół muzyki. Słychać to już w pierwszym utworze, Fireworks. Styl gry projektu plasuje się gdzieś między bardzo melodyjnym hard rockiem a AORem i chyba najprościej umieścić to pomiędzy jedynkami Danger Danger i Tyketto. Vestry barwą głosu to z kolei coś jak skrzyżowanie Poleya i Soto, nigdy bym nie przypuszczał, że taka krzyżówka może wypaść tak znakomicie. W numerze pojawia się jeden klawiszowy motyw, który bardzo mi przypomina pewien starszy kawałek (chyba nawet z lat '70), ale nie jestem sobie w stanie przypomnieć, co to było. Tak czy inaczej, pierwszy utwór i zarazem pierwszy niekwestionowany hit. Ready Or Not nie spuszcza z tonu, tyle że podąża ku nieco innej stylistyce. Kojarzyć się to może z dwójką Dangerów i niewykluczone, że są to podobieństwa nieprzypadkowe. Nawet głos Franka frazowaniem i akcentami niedaleko odbiega od Poleya. Dwa przeboje pod rząd, ciekawe na jak długo starczy chłopakom werwy. Okazuje się, że przynajmniej na razie jej nie zabraknie, bo do All I Wanna Do Is U można odnieść te same uwagi co do poprzednika. Tutaj dojdą jeszcze porównania do Wingera, KISS i Firehouse, w różnych wariantach i w zależności od konkretnego momentu w piosence. Słucham tego wszystkiego i nadal nie mogę uwierzyć, że taka płyta wyszła w XXI wieku. Ależ owszem, wyszła, wyprodukował ją Ravel i wszystko staje się jasne jak słońce. Brzmienie krystalicznie czyste udziela się dalej i mamy Gone, taką trochę pół-balladę o ukierunkowaniu na podbój stacji radiowych. Mimo że to bardzo spokojna kompozycja, to jest w niej pewien ładunek dynamitu. Without You to taka mieszanka typowego AORu doprawiona kilkoma smaczkami wziętymi jakby z innych gatunków. Kilka zagrywek gitar, klawiszy i basu jest jak rodem z Images And Words Dream Theater, oczywiście nie są to bliźniacze riffy, ale raczej pewien typ pomysłów i podejście do grania. Tyczy się to także solówki, w której Marcello pozwolil sobie na więcej wymiatania. Jeszcze jedną ciekawą pozycją jest Live Life. Znów bardzo specyficzna mieszanka, słychać tu wpływy Tyketto, Bad English oraz Danger Danger, a jakże. Wesoły AOR, niemal party rock, muzyka na plażę. Nadszedł czas na bardziej typową balladę w postaci What You Mean. Na oryginalność w tym przypadku nie ma co liczyć, takich piosenek były setki, jeśli nie tysiące. Po prostu dobry utwór, poprawny, lecz na kolana nie powalający, choć miły dla ucha i pasujący do całego setu. Love Injection ma w sobie coś z Dokken, zapewne gitary wypadają podobnie do ekipy Dona, przy czym od AORu znów nie udało się muzykom uciec. Bardzo składna kompozycja nie po raz pierwszy tu ciesząca ucho. Powinna zadowolić wszystkich miłośników melodyjnego grania w stylu lat '80. Wysoki poziom wykonawczy trzyma też kolejne Gangster Of Love, ale tylko pod względem riffów i melodii, bo wokalista jakoś tym razem specjalnie się nie wysilił. Wprawdzie formalnie niczego mu zarzucić nie można, nie fałszuje, nie kaleczy, ani nic w ten deseń, liniom wokalnym brakuje jednak pewnej wyrazistości, czegoś, co uczyniłoby je bardziej atrakcyjnymi. W ten sposób daniem głównym staje się tutaj rewelacyjna solówka, utrzymana w klimatach bluesowych (mała dygresja: Rob to niesamowity gitarzysta, nie dość że wymiata jak mało kto w dzisiejszych czasach, to jeszcze doskonale odnajduje się w różnych stylistykach). One More Night nie zapowiada żadnego zwrotu z końcem płyty i otrzymujemy jeszcze jedną piosenkę utrzymaną w stylistyce znanej z początku wydawnictwa. Typowo radiowy kawałek jak za starych dobrych czasów, prowokujący do chwil refleksji, jak to dobrze było kiedyś pod względem muzycznym i jak nieciekawie było jeszcze do niedawna. Między innymi dzięki takim płytom jak ta, sytuacja zaczyna się powoli zmieniać, brakuje tylko fanów takiego grania i kogoś o dobrej woli w stacjach radiowych. Japończycy mogą się muzykom pokłonić w podziękowaniu za dodatkowy utwór w postaci akustycznej wersji Gone. Podobają mi się bardzo obie wersje tej piosenki, z niewielką korzyścią dla wersji normalnej, ale naprawdę niewielką.

Z albumem zapoznałem się już kilka razy i pozytywne emocje ani na trochę nie opadają. W zasadzie ciężko jest tu znaleźć jakiś zapychacz i w ogóle trudno jest się do czegoś przyczepić. Produkcja na najwyższym poziomie, kompozycje nadzwyczaj przemyślane, brzmienie krystaliczne, prawdziwa perła. Już teraz jest to jedna z moich ulubionych płyt A.D. 2008 i myślę, że jeszcze długo taką dla mnie pozostanie. Niby nowe wydawnictwo, a w moich oczach już stało się jednym z klasyków AORu. Gorąco polecam wszystkim fanom melodyjnego grania w stylu lat '80, satysfakcja gwarantowana.

Oficjalna strona zespołu: www.marcellovestry.com