Jorn - Lonely Are The Brave

Jorn - Lonely Are The Brave

Wydawca: Frontiers Records / Phantom Sound & Vision / Blistering Records / King Japan
Rok wydania: 2008

  1. Lonely Are The Brave
  2. Night City
  3. War Of The World
  4. Shadow People
  5. Soul Of The Wind
  6. Man Of The Dark
  7. Promises
  8. The Inner Road
  9. Hellfire
  10. Stormbringer [bonus w limitowanej edycji]
  11. Like Stone In Water [bonus w limitowanej edycji]
  12. Showdown [japoński bonus track]

Skład: Jorn Lande - śpiew; Jorn Viggo Lofstad - gitary; Sid Ringsby - gitara basowa; Tore Moren - gitary; Willy Bendiksen - perkusja

Produkcja: Jorn Lande

Czas szybko leci. Od momentu, kiedy Jorn Lande pojawił się na scenie muzycznej minęło już dobrych parę lat, przez które ten obiecujący wokalista nagrał kilka płyt, zarówno solowych jak i do spółki z innymi wykonawcami. W międzyczasie nie raz recenzenci nazywali go "nowym Coverdalem" i coś w tym jest. Ten Norweg dysponuje podobną barwą głosu do legendarnego lidera Whitesnake, choć na szczęście są pewne różnice i dzięki temu mamy dwóch dobrych gardłowych zamiast jednego. Z jednej strony nie jestem jakimś szczególnym fanem Jorna, ale z drugiej cenię możliwości jego gardła i chętnie sięgam po jego wydawnictwa by sprawdzić, czy może nagrał już coś podchodzącego pod mój gust.

Lonely Are The Brave to tegoroczna pozycja w dyskografii rozśpiewanego "Wikinga", wydana względnie szybko po płycie The Gathering. Wygląda na to, że Jorn postanowił nagrywać płyty częściej i serwować nam krążki zbliżone do klasycznych wydawnictw hard rockowych. W pierwszym numerze, de facto tytułowym Lonely Are The Brave, łeb w łeb idą ostre, przesterowane gitary i głos Landego. Siarczyste brzmienie wioseł dobrze z nim współbrzmi i tak właśnie sobie myślę, że Jorn doskonale sprawdziłby się też w repertuarze takiego Grave Diggera, gdyby ten kiedyś potrzebował wokalisty. Od strony produkcyjnej mam pewne niewielkie zastrzeżenie - człowiek za konsoletą mógłby jednak gitary zapodać nieco ciszej, lub też podgłośnić wokale. Za produkcję odpowiada sam Lande, więc też mógł tego dopilnować. A może muzyk chciał przez to pokazać, że Jorn to cały zespół, a nie tylko on sam? Następny w kolejności Night City pod względem wokalnym jest bardziej Coverdale'owaty, momenty podpadają też pod Dio i Soto, co cieszy, chociaż mnie najbardziej rajcują tutaj partie gitar. Rewelacyjny riff otwiera ten kawałek, jest cięższy i wolniejszy, ale wali potężnie jak młot Thora. Zaiste numer godny prawdziwego wikinga. Rozdzieliłbym jednak linie wokalne od reszty i zrobił z tego wszystkiego dwa utwory. War Of The World to niemal brat bliźniak poprzednika, tyle że teraz gitary przyspieszyły, a Jornowi zebrało się na bardziej melodyjne śpiewanie. Takich wokali brakowało mi właśnie uprzednio. Jeden z lepszych numerów na krążku i z pewnością godny kilkakrotnego odsłuchania, zwłaszcza głośnego (zauważyłem, że im głośniej się tej płyty słucha, tym bardziej się ona podoba). Fajnie wypadają te wojenne chórki, też mogą się kojarzyć z wikingami. Dalsze Shadow People to ukłon w stronę fanów twórczości Axela Rudiego Pella, Masterplan i im podobnych twórców zahaczających silnie o power metal, ale szczęśliwie "bezcentralkowy". Co ciekawe, w takim repertuarze głos Jorna najbardziej mi się podoba. Pamiętam, jak artysta odchodził z grupy Grapowa i jakie wtedy przytaczano argumenty - Lande chciał grać bardziej hard rockowo, gdyż power metal nie do końca mu odpowiadał. Paradoks. W Soul Of The Wind najbardziej podoba mi się to, w jaki sposób potraktowano sekcję rytmiczną i jak bas i perkusja zgrały się ze sobą w niektórych momentach. Sam numer wydaje mi się trochę zbyt rozwlekły, także wokalnie rewelacji nie ma, przynajmniej do połowy kompozycji. Rola wypełniacza przypada piosence Man Of The Dark, gdzie wszystko jest jakby grane na siłę. Jorn próbuje tu balansować wokalnie gdzieś między Dio a Coverdalem i wychodzi to różnie. Był w tym dobry pomysł, a czy został dobrze zrealizowany, to niech każdy oceni sam. Ja w każdym bądź razie mam mieszane uczucia. Lepiej i to zdecydowanie będzie w Promises, kawałku kojarzącym mi się nieco z twórczością Gamma Ray. Jorn odwalił kawał dobrej roboty, reszta spisała się też na medal. Za połową utworu nasze emocje nieco opadną, bo grupie kończą się pomysły i właściwie całą końcówkę na odpowiednim poziomie podtrzymuje już tylko Lande. Może niezbyt odkrywcze, ale za to bardziej dopracowane jest The Inner Road, jeden z moich faworytów na płycie. Bardzo podobają mi się tutaj wokale Jorna zaprzęgnięte do klasycznego hard and heavy. To chyba jedna z najlepszych kompozycji w całej karierze Norwega, udało mu się trafić w mój gust, nie ma co. Życzyłbym sobie takich kawałków więcej, dużo więcej. Zamykające oficjalny zestaw Hellfire jest numerem bardzo specyficznym. Do odsłuchiwania takich piosenek potrzebuję szczególnego nastroju i kilku browarów. Jest wolno, rozwlekle, przywodzi mi to na myśl bardzo stare kapele doom metalowe i klasyczne płyty Sabbathów z domieszką wokali a'la Dio.

Album serca mojego nie podbił, mimo to zdobył jednak pewne poważanie i spowodował, że ogólnie uznaję go za dobry i udany. Polecam go przede wszystkim fanom samego Jorna, zwłaszcza tym, którym do gustu przypadł The Duke, polecam także miłośnikom klasyki hard rocka, słuchaczom heavy metalu i bardziej humanitarnego power metalu. Płyta wyważona, trochę krótka, ale za to dość urozmaicona. Posłuchać warto, nawet jak nie zapałamy do wydawnictwa jakąś szczególną miłością.

Oficjalna strona wykonawcy: www.jornlande.com