Hardcore Superstar - Split Your Lip

Hardcore Superstar - Split Your Lip

Wydawca: Nuclear Blast / Gain Records / Sony / Abstract Sounds
Rok wydania: 2010

  1. Sadistic Girls
  2. Guestlist
  3. Last Call For Alcohol
  4. Split Your Lip
  5. Moonshine
  6. Here Comes That Sick Bitch
  7. What Did I Do
  8. Bully
  9. Won’t Go To Heaven
  10. Honeymoon
  11. Run To Your Mama

Skład: Joakim "Jocke" Berg - śpiew; Vic Zino - gitary; Martin Sandvik - gitara basowa, chórki; Magnus "Adde" Andreasson - perkusja

Produkcja: Tobias Lindell

W 2009 r. Hardcore Superstar wydała świetną, moim zdaniem, płytę Beg For It, która jednak po pewnym czasie stała się kością niezgody pomiędzy fanami i recenzentami. Znalazło się spore grono osób zarzucających jej zbyt "wygładzone" brzmienie, zbyt dobrą produkcję i zbytnią techniczność. Dla nich były to wady, dla mnie - przeciwnie, same zalety.

Najwyraźniej jednak kontrowersyjna grupa postanowiła wziąć sobie do serca rady tych niezadowolonych i powrócić do swej mniej dopracowanej, sleazowej odsłony. Split Your Lip, ósme już studyjne wydawnictwo w dyskografii Szwedów powinno uradować tych, którzy uważają, że prawdziwie uliczne granie powinno być brudne, nieskomplikowane i nie do końca dopracowane. Perkusista zespołu wyjawił, że on i jego kompani chcieli, by całość zabrzmiała jak "domowa przemoc" i że nagrywanie krążka w studiu trwało raptem pięć dni (de facto pod nadzorem producenta Tobiasa Lindella, współpracującego wcześniej z Europe, Mustasch i Crashdïet). Nie ukrywam, że najbardziej podoba mi się jajcarska okładka, a co do zawartości albumu, to jest już różnie, zazwyczaj co najmniej dobrze. Grupa wypracowała sobie pewien styl i z drobnymi wyjątkami stara się go trzymać, tak więc najprawdopodobniej, jeśli już ktoś tę kapelę poznał i polubił, to i nowy wypiek trafi w jego gusta. Tak więc niczym chyba nie zaskoczy słuchacza typowa "sleaze'ówka" o tytule Sadistic Girls, której przypadł zaszczyt otwierania wydawnictwa. Trochę chwytliwych melodii, trochę chórów łatwych do odśpiewania przez publiczność (a publika lubi takie rzeczy). Mnie jednak nie przekonuje zbytnio ten utwór, chociaż podoba mi się sprytny riff pojawiający się tuż za pierwszymi zaśpiewami wokalisty. Odrobina włoszczyzny" we wstępie i rusza Guestlist. O dziwo, ścieżka wpadła w mój gust, może ze względu na pewne podobieństwa do poprzedniego albumu. Owszem, tutaj też nie ma jakichś skomplikowanych struktur, niby mamy "granie dla nastolatków", z jakiego się wyrasta, ale jakoś te dźwięki wpadają w ucho i człowiek łapie się na rytmicznym tupaniu nogą. Last Call For Alcohol balansuje momentami między hard rockiem a punkiem, lecz też można uznać całość za rzecz udaną. W ogóle muszę stwierdzić, że chłopaki mają unikalny dar komponowania chwytliwych refrenów, a w branży muzycznej to przecież wielka zaleta. Dobre linie wokalne, bardzo przyzwoite partie gitar i sekcja rytmiczna stojąca na wysokości zadania. Chyba będę do tego numeru często wracał. Za to kompletnie nie chwyta mnie tytułowe Split Your Lip, gdzie poza refrenem nie znajduję niczego godnego uwagi. Co do głównych motywów i zagrywek w środku kawałka, to takie rzeczy robiło swego czasu Gotthard i u nich też mi się to nie podobało (specyficzne użycie talk boxu m. in.). Dochodzimy do singlowego Moonshine, które robi ponoć w Szwecji oszałamiającą karierę i jest chętnie zamawiane przez słuchaczy w audycjach radiowych. Szczerze mówiąc, to nie dziwi mnie ten sukces, bo poza całkiem interesującym początkiem i nadzwyczaj przyzwoitą solówką mamy tu wiele chwytliwych melodii. Wprawdzie wolę takie pozycje jak druga i trzecia, ale i takich rzeczy mogę słuchać zupełnie bezboleśnie. Ciekawiło mnie to, co też chłopaki wymyślą w Here Comes That Sick Bitch. Ostry tytuł kontrastował z balladowymi brzmieniami, jakie lały się z głośników. Niesamowite, ale głos Berga idealnie pasuje do tego nagrania i moim zdaniem tutaj kapela rozrywa na strzępy większość amerykańskich grup próbujących swych sił w balladach. Im więcej tej pseudo-pościelówki słucham, tym bardziej mi się ona podoba. What Did I Do to niezła kompozycja na otwieranie koncertów. Dość dynamiczna i uzbrojona w typowe dla zespołu zaśpiewy. Myślę, że nie tylko fani Hardcore Superstar będą z niej zadowoleni, ale i sympatycy Gemini Five. Do słabszych kompozycji na krążku zaliczyć można Bully. Podobają mi się tu tylko niektóre zagrywki perkusji, reszta moim zdaniem kompletnie leży. Momentami numer brzmi też zbyt industrialnie, jak na mój gust. Won’t Go To Heaven jest z kolei takie sobie. Ani nie powali na kolana, ani nie pogryzie w uszy, na plus wyróżnia się tylko solówka. Płyta bez tego utworu z pewnością nic by nie straciła. Znacznie lepiej jest z dość nietypową ścieżką Honeymoon. Całkiem niezłe gitarowe riffy, dość ciekawe rozwiązania rytmiczne. No, może być, a po kilku przesłuchaniach numer dodatkowo sporo zyskuje. Zamykająca płytę piosenka Run To Your Mama to jeszcze jedna przekorna ballada. Tutaj postawiono na klawiszowe podkłady, po gitary akustyczne nie sięgnięto. W zasadzie nie dam na tę piosenkę powiedzieć złego słowa.

Album ma swoje wzloty i upadki, tych drugich na szczęście mniej. Nie trafiły do mnie ze 3-4 nagrania, reszta jest dobra i bardzo dobra. Ten "street metal" grany przez Hardcore Superstar jest chyba lepszy od ostatnich dokonań Mötley Crüe. Fani HC w zasadzie mogą pozycję kupić w ciemno, a do tego samego namawiałbym i fanów Gemini Five.

Oficjalna strona zespołu: www.hardcoresuperstar.com