
Great White - ... Twice Shy
Wydawca: Capitol Records / Electrola
Rok wydania: 1989
- Move It
- Heart The Hunter
- Highway Nights
- The Angel Song
- Bitches And Other Women
- Mista Bone
- Baby's On Fire
- House Of Broken Love
- She Only
- Once Bitten Twice Shy
- Wasted Rock Ranger [japoński i brytyjski bonus track]
Skład: Jack Russell - śpiew, chórki; Mark Kendall - gitary, chórki; Michael Lardie- gitary, instrumenty klawiszowe, chórki; Audie Desbrow - perkusja i instrumenty perkusyjne; Tony Montana - gitara basowa
Produkcja: Alan Niven i Michael Lardie
Great White powstał ze szczątków zespołu Dante Fox i zaczynał jako jeden z naśladowców Led Zeppelin, co było słyszalne na wczesnych płytach grupy. W drugiej połowie lat '80 zdołał dorobić się własnego, rozpoznawalnego stylu, który umiejętnie łączył dziedzictwo bluesującego hard rocka z lat siedemdziesiątych i hair metalu modnego dekadę później. Wydając w 1989 r. ... Twice Shy formacja była już jedną z uznanych gwiazd ówczesnej estrady i koncertowała jako headliner, sam album uważany jest przez wielu za najlepszą pozycję w dyskografii tej kapeli, płyta zresztą znalazła ponad dwa miliony nabywców i uzyskała status podwójnej platyny.
Z twórczością zespołu zetknąłem się po raz pierwszy dopiero kilka lat po czasach jej największej sławy i jakoś wtedy jego muzyka nie za bardzo do mnie przemówiła, toteż wstrzymywałem się przed przesłuchaniem nowszych pozycji z repertuaru chłopaków. Potrzebowałem ponad dziesięć lat przerwy, by powrócić do klasycznych krążków grupy i stał się cud - kapelę polubiłem. ... Twice Shy jest udaną studyjną kontynuacją dobrze przyjętej przez krytyków i fanów płyty Once Bitten i nawet jeden z utworów swym tytułem sprytnie do tej sytuacji nawiązuje. Pierwszy kawałek dzieła pokazuje, jak daleko muzycy odeszli od naśladownictwa Zeppelinów. Przede wszystkim brzmienie jest znacznie bardziej wygładzone, by sprostać wymaganiom roku 1989, instrumenty nie tworzą ściany bliżej nierozpoznanych dźwięków, wypadają bardziej selektywnie i gładko. Całościowo jest to pewnego rodzaju mikstura przyrządzona z mieszanki stylów Dire Straits, rock'n'rolla i hard rocka lat osiemdziesiątych (doszukamy się np. podobieństw do Honeymoon Suite czy China), oczywiście z silnymi dodatkami bluesa, co słychać w riffach i solówkach. Zaiste Move It to udany numer i jeden z najlepszych na płycie, doskonały wjazd na otwarciu. Heart The Hunter daleko od niego nie odbiega, choć punkt ciężkości przesuwa się gdzieś w okolice pomiędzy Whitesnake, AC/DC, czy święcącego w podobnym okresie triumfy Krokusa. W liniach wokalnych sporo nawiązań do maniery Coverdale'a i, jakby inaczej, Planta. Niezłą gratka dla wszystkich, którym bluesowe oblicze hard rocka najbardziej odpowiada. Za nadzwyczaj poprawne melodycznie i technicznie gitarowe solo tradycyjnie odpowiada Kendall. W Highway Nights robi się jakby weselej, bardziej skocznie i tanecznie. Dużo bardziej do przodu wysuwa się partia gitary basowej, gitary natomiast zyskują więcej pogłosu. Kolejny dobry kawałek i nadający się do jazdy samochodem, szybkiej, choć nie szaleńczo szybkiej, myślę, że tak w porywach do 120 km/h ;). Refreny niemal hymnowe i typowe dla mainstreamu owej epoki, więc nie wyobrażam sobie, by jakiś miłośnik lat '80 mógł tę płytę pominąć. Tytuł The Angel Song doskonale oddaje klimat tej przepięknej ballady, śmiem twierdzić, że jednej z najlepszych, jakie kiedykolwiek skomponowano. Nastrojowa piosenka, której główną siłą są instrumenty klawiszowe aranżowane na elektroniczne pianino, no i idealnie dopasowany do nich głos Russella. Prawdziwe anioły mogą być z tej kompozycji dumne, natomiast kobiety powinny być nią co najmniej oczarowane. Po tej perełce nadchodzi "coś z zupełnie innej beczki", Mista Bone. Ten dość przeciętny numer dał nazwę oficjalnej stronie internetowej zespołu, być może członkowie grupy w jakiś sposób się z nim identyfikują. Charakterystyczny jest tu pulsujący bas, jak w setkach innych hard rockowych utworów. W liniach wokalnych istnieją pewne ciągoty do śpiewania falsetem jak w kapelach sleaze'owych, ale jest to zbyt mało zdecydowane, ot taka nieśmiała próba pójścia w nieco innym kierunku. Solówka bardziej bluesowa i nawiązująca do początków istnienia kapeli (takich solówek zespół będzie miał więcej na kolejnych płytach). Lepsze jest kolejne Baby's On Fire, gdzie dość ważna rola przypada pauzom, z jakimi muzycy eksperymentują i flirtują. Bardziej przebojowo, momentami pod boogie rocka, nieco jak w ZZ Top, choć mniej odważnie, za to więcej bluesa połączonego z flażoletami. Podobne rejony eksplorowało brytyjskie FM, ale dopiero dwa lata później. W liniach wokalnych powraca maniera Coverdale/Plant i nawet pasuje to do ogólnej stylistyki piosenki. Jeszcze więcej bluesa będzie w spokojnym i nastrojowym House Of Broken Love, które brzmi jak zaczerpnięte gdzieś spomiędzy Steviego Ray Vaughna i Carlosa Santany, z przewagą tego pierwszego. Znacznie wolniej niż poprzednio, refleksyjnie, bardziej klubowe granie i wychodzi na wierzch wysoka klasa gitarzystów, którzy z łatwością kameleona potrafią dopasować się do potrzeb stworzenia odpowiedniego klimatu. Kiedy trzeba, grają ostrego stadionowego hard rocka, innym razem zamieniają się w spokojnych bluesmanów i tworzą kameralny nastrój. Jeszcze jedna ballada w postaci She Only pojawia się na płycie. "Aniołom" wprawdzie nie dorównuje, ale mimo to jest niczego sobie. Umieszczona po poprzednim utworze nie razi, ba, nawet pasuje idealnie. Trochę kowbojsko w stylu country, trochę kołysankowo, na szczęście chłopaki nie przesłodzili i zagrali z wyczuciem. Znam wiele lepszych, ale i wiele gorszych. Na samym końcu znajduje się bluesowo-rock'n'rollowy hit, jeden z największych przebojów Rekina. Once Bitten, Twice Shy jest podobno coverem kompozycji Iana Huntera, niestety nigdy nie było mi dane usłyszeć oryginału. Do kawałka nakręcono teledysk stylizowany na próbę zespołu odbywającą się w jakimś magazynie lub hali, gdzie nieliczna publiczność stanowią piękne panie, które wstają z ławek, dołączają do zespołu i zaczynają śpiewać w chórkach. Pojawia się tu m. in. modelka Bobby Brown, znana z podobnych występów w teledysku do Cherry Pie Warranta. Wystarczy posłuchać utworu kilka razy i niemal pewne, że refren zaczniemy śpiewać wraz wokalistą i chórkami. Japończycy i Anglicy dostali jeszcze bonus tracka w postaci Wasted Rock Ranger, ale nie jest to nic nadzwyczajnego. Kawałeczek utrzymany w klimatach country, typowo westernowy, knajpiany, mało oryginalny, ale docenić należy fakt, że kapela chciała sprawdzić się też w innym repertuarze.
Wystarczy spojrzeć na datę produkcji krążka, by już wiedzieć, że to musi być pozycja godna uwagi. Docenienie tej płyty zajęło mi całe lata, jednak żadna strata, zawsze jest miło odkryć coś na nowo. Czuję, że album będzie się u mnie kręcił na okrągło przez kilka najbliższych dni i kto wie, może nawet trafi do kręgu moich ulubionych wydawnictw. Polecam wszystkim fanom hard rocka niezależnie od tego, który z jego podgatunków preferują. Dobre płyty są ponadczasowe.
Oficjalna strona zespołu: www.mistabone.com