Deep Purple - In Rock

Deep Purple - In Rock

Wydawca: Warner Bros / WEA / Harvest Records / EMI / Globus / Audio Fidelity
Rok wydania: 1970

  1. Speed King
  2. Bloodsucker
  3. Child In Time
  4. Flight Of The Rat
  5. Into The Fire
  6. Living Wreck
  7. Hard Lovin' Man
  8. Black Night (original single version) [bonus w reedycji]
  9. Studio Chat (1) [bonus w reedycji]
  10. Speed King (piano version) [bonus w reedycji]
  11. Studio Chat (2) [bonus w reedycji]
  12. Cry Free (Roger Glover remix) [bonus w reedycji]
  13. Studio Chat (3) [bonus w reedycji]
  14. Jam Stew (unreleased instrumental) [bonus w reedycji]
  15. Studio Chat (4) [bonus w reedycji]
  16. Flight Of The Rat (Roger Glover remix) [bonus w reedycji]
  17. Studio Chat (5) [bonus w reedycji]
  18. Speed King (Roger Glover remix) [bonus w reedycji]
  19. Studio Chat (6) [bonus w reedycji]
  20. Black Night (unedited Roger Glover remix) [bonus w reedycji]

Skład: Ritchie Blackmore - gitara prowadząca; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Ian Gillan - śpiew; Roger Glover - gitara basowa; Ian Paice - perkusja

Produkcja: Deep Purple

Pierwszy rzut oka na okładkę i naturalne stają się skojarzenia ze słynną Mount Rushmore, rzeźbą w skale przedstawiającą czterech amerykańskich prezydentów. Chyba Deep Purple było świadome, że nagrywając swój czwarty album studyjny tworzy coś wielkiego. Dziś nie ulega wątpliwości, że In Rock (1970 r.) to jedno z klasycznych wydawnictw hard rocka, jedna z płyt, od której wszystko się zaczęło. Na krążku pojawiają się po raz pierwszy wokalista Ian Gillan i basista Roger Glover, w takim składzie muzycy tworzą nową jakość.

O ile na poprzednich albumach muzyka formacji oscylowała jeszcze silnie gdzieś wokół twórczości The Beatles, teraz zespół eksploduje wręcz z właściwą sobie energią. Otwierająca dzieło kompozycja Speed King serwuje na początek serię jazgotliwych i charczących dźwięków, by po chwili przejść w łagodnie brzmiące organy Lorda. Tylko na krótko, bo dalej mamy naprawdę ciężko jak na owe czasy brzmiącą gitarę i bardzo zdecydowany głos Gillana. To jest klasyczny hard rock, jeszcze nie wygładzony, jeszcze studyjnie nie dopracowany, ale słychać to, co w tej muzyce najważniejsze - mocny gitarowy riff. Jako że nie należę do osób, które byłyby skłonne przypisywać rzeczom zwykłym nadprzyrodzonych mocy, powiem krótko i wprost: chłopaki dają czadu i nawet po latach brzmi to ostro. Było dobrze, ale może być lepiej i jest - Booodsucker bardziej do mnie trafia. Solidne uderzenia w struny Blackmore'a, do tego jeszcze wokalista nie oszczędza swoich strun głosowych, kiedy trzeba, potrafi wrzasnąć. Jest to jeden ze środków ekspresji i już łatwo sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kilka lat później bardzo wielu gardłowych lubowało się w śpiewaniu w wysokich rejestrach. Solówka Ritchiego jest jeszcze nie doszlifowana, ale już tutaj można się doszukać jego ciągot do układania linii melodycznych w sposób bardzo staranny, co wcale nie było takie częste w owych czasach. No i nadchodzi absolutne mistrzostwo świata w postaci ponad dziesięciominutowego Child In Time. Blackmore odłożył swojego Fendera Stratocastera i sięgnął po Gibsona, ale nie ma to większego znaczenia, bo moim zdaniem siła tego numeru tkwi głównie w rewelacyjnych partiach klawiszy i niesamowitym głosie Gillana. Perkusja gra bardzo oszczędnie, na szczęście zresztą, bo ten niemal mistyczny klimat łatwo byłoby zabić, gdyby pojawiło się tu kilka dźwięków więcej. Jeśli się uważnie wsłuchamy, to wyczujemy klimat późniejszych kompozycji Blackmore'a w Rainbow, grupie którą jednak stawiam nieco wyżej niż DP (oczywiście zostanę za to zlinczowany, ale "Tęcza" jakoś bardziej trafia w mój gust). Posłuchajmy solówki i powiedzmy szczerze, czyż pewien jej fragment nie jest pierwowzorem dla wymiatania Malmsteena? Ostro, ale i tak bardzo melodyjnie, taki patent kapela obrała w utworze Flight Of The Rat. Rasowy hard rock ze śpiewem, jaki dekadę później stanie się niemal standardem w hair metalu. Gitarowo sporo w tym zapożyczeń z rock'n'rolla, nic w tym dziwnego, muzyka rockowa wywodzi się od niego w prostej linii. Gdyby brzmienie gitary nie było tak ostre, ten numer spokojnie mógłby zagrać Presley czy Berry. Po tytule Into The Fire można by się było spodziewać szybszego kawałka, co najmniej tak szybkiego jak poprzednik, a jednak grupa zdecydowała się utrzymać go w tempie średnim, może nawet nieco wolniejszym od średniego. Paradoksalnie, najbardziej podoba mi się w nim zakończenie. Początek i środek przypomina trochę glam rocka lat '70, chociaż gdyby zmienić nieco ścieżki basu na tzw. pompkę, mielibyśmy równie dobrze jedną z typowych zagrywek hair metalu. Charakterystyczny pogłos i perkusja brzmiąca jakby się wyłaniała z jakiejś większej hali, a dalej aranżacje, jakie miał Hendrix, a wiele lat później z powodzeniem będzie też je stosował Lenny Kravitz, czyli Living Wreck.Jest to jeszcze jeden numer godny uwagi, choć dużo o nim napisać się chyba nie da, trzeba posłuchać. Na zamknięciu krążka mamy Hard Lovin' Man. Sam wstęp nieco przypomina początek płyty, również jest ostro i jazgotliwie, ale dalej dostajemy coś w stylu The Shadows, tyle tylko że zagrane na znacznym przesterze. Utwór galopujący, dynamiczny, pewnego rodzaju pierwowzór dla powstania charakterystycznej stylistyki gry Iron Maiden czy też dla licznej rzeszy zespołów power metalowych (brakuje na szczęście naparzania w centralki).

Krążek w sumie dość krótki, choć na rok wydania był to w zasadzie standard (o ile dobrze pamiętam, na płytę analogową można było nagrać maksymalnie 44 minuty muzyki), ale jest to kamień milowy dla rozwoju hard rocka. Albumu po prostu nie wypada nie znać, bo to jest klasyka. Warto czasem posłuchać takich pozycji i zobaczyć, skąd nasze ulubione zespoły czerpały najlepsze wzorce. Na rynku muzycznym dostępnych jest wiele wydań tej płyty, ja polecam zapoznać się z tymi nieremasterowanymi i bezpośrednio zgranymi z analogów.

Oficjalna strona zespołu: www.deep-purple.com